Recenzja: Kim Stanley Robinson – Czerwony Mars

3985450352_14eaaa42e2_o

Jest rok 2056. W namiotowym mieście Nikozja, znajdującym się na wschód od Pavonis Mons, zostaje zamordowany John Boone, pierwszy człowiek na Marsie i jeden z przywódców pierwszej setki marsjańskich kolonistów. W wydarzenie zamieszani są radykalni arabscy koloniści, jego wieloletni antagonista Frank Chalmers, oraz tajemnicza postać w dreadach. Po stwierdzeniu śmierci Boone’a Robinson przenosi nas trzydzieści lat wstecz, na pokład Aresa, wielkiego statku, który z setką kolonistów podróżuje w kierunku Czerwonej Planety.

Mars oczywiście nie jest tematyką obcą dla science-fiction. Ponad wiek temu o najeździe Marsjan pisał H. G. Wells, wielką popularnością cieszył się ostatnio „Marsjanin” Andy’ego Weira. W nieco poważniejszy, bo naukowy sposób podchodził do naszego sąsiada Greg Zubrin w swoim „Czasie Marsa”. Czerwony Mars znajduje się gdzieś pośrodku tych pozycji, literacko bijąc „Marsjanina” o głowę i puszczając oko do książki Zubrina, porażając niewprawionego czytelnika ilością technicznych szczegółów. Jest to pierwsza część tak zwanej Trylogii Marsjańskiej (Czerwony, Zielony i Błękitny Mars) liczącej w sumie dwa tysiące stron.

Znajdujemy się na pokładzie Aresa, który za dziewięć miesięcy osiągnie orbitę Marsa. Razem z bohaterami poruszamy się po habitatach zrobionych ze starych zbiorników paliwowych. Uczestniczymy w trójkącie miłosnym Tojtowna – Boone – Chalmers. Obserwujemy początek konfliktu dwojga wybitnych naukowców Saxa Russella i Ann Clayborne, jako konflikt dwóch światopoglądów dotyczący przyszłości Marsa, Układu Słonecznego i co za tym idzie ludzkości. Poznajemy zabawnego idealistę Arkadego Bogdanowa, oraz młodą biolog Hiroko Ai, Japonkę o niemal mistycznym podejściu do życia. Każda z postaci jest wyraźna jak Słońce w przestrzeni kosmicznej, każda reprezentuje różne podejście do misji w której uczestniczą. Sam lot na Aresie jest właściwie wstępem (co prawda obszernym, bo liczącym około sto stron z ponad sześciuset), pozwalającym nam poznać bohaterów, czy szczegóły techniczne misji.

Po lądowaniu naszej setki na Marsie, jesteśmy rzucani przez autora na głęboką wodę. Dokładniej to na Chryse Planitia, pustynną równinę nieopodal Kasei Valles. Swoją drogą, Chryse Planitia było miejscem faktycznego lądowania misji Viking 1. Jesteśmy pozostawieni wraz z bohaterami i marsjańskim otoczeniem. Poza wyrazistymi bohaterami od razu można zauważyć dużą atencję do detali technicznych. Terminologia, szczegółowość maszyn i ich mnogość mogą na początku przestraszyć. Stajemy się jednak dzięki temu świadkami przykręcania niemal każdej śrubki, poznajemy każdą maszynę. Moim ulubionym fragmentem jest licząca całą stronę lista narzędzi wyjętych ze skrzyni podczas rozładunku.

Jednym z najważniejszych i najbardziej zapadających w pamięć wydarzeń wkrótce po wylądowaniu załogi jest podróż kilku jej członków na biegun północny Marsa. Kim Stanley Robinson jest prywatnie zafascynowany wspinaczką i geologią, przez co jego „opisy przyrody” są niezwykle szczegółowe. Malowniczo przedstawione kolory i rzeźba terenu, fachowa terminologia geologiczna. Wszystko to pozwala nam poczuć rzadką atmosferę Marsa, poczuć na własnej skórze globalną burzę piaskową, a szczegółowość opisów terenu może się równać ze zdjęciami z marsjańskim misji bezzałogowych.

Robinson nie rozpieszcza swojego czytelnika. Autor wręcz lubuje się w przestojach, gdzie bardzo szczegółowo nakreśla sytuację polityczną, obecne położenie bohaterów, czy nieprzyjazny marsjański teren. Jeśli tylko wybaczymy mu mnogość przymiotników i momentami powolną narrację odkryjemy prawdziwą wartość tej książki. W dodatku każdy dla siebie może odkryć coś innego. Czerwony Mars nie jest na pewno książką dla każdego. Jeśli oczekujesz przygodówki z wartką akcją i kryjącą się tajemnicą a’ la Czerwona Planeta, nie jest to pozycja dla Ciebie. Natomiast jeśli oczekujesz „epickiej” (nie lubię tego słowa, ale jest chwytliwe) powieści pełnej miłości do Marsa, wielu bogatych w osobowości bohaterów i całej masy wiedzy – na pewno spędzisz z nią długie godziny, których nie będziesz żałował.

  • W zeszłym roku w końcu ukończyłem Błękitnego Marsa (błagam poprawcie w artykule tego Niebieskiego Marsa 😛 ale sam się mylę często, więc rozumiem ból)…polecam bardzo
    „..na Marsie, Marsie, Marsie”

    • Dzięki! poprawione 🙂

    • Maciej Tadaszak

      Przepraszam najmocniej za głupi błąd Tak, nigdy nie myślałem że książka skończy się takimi słowami ze strony Ann Clayborne

      • Nie ma za co 😛 ja tylko dlatego to wyłapałem, bo zrobiłem dokładnie taki sam błąd dwa miesiące wstecz 🙂 Ale fakt – Ann miała bardzo bogaty rozwój postaci

  • Major Bień

    Czerwony Mars już za mną. Książka jest naprawdę fenomenalna, złożona i zachwycająca. Jednocześnie trafnie przypomina nam, kim jesteśmy i jak działamy, co nami kieruje jako gatunek ludzki. Kim wykorzystuje nowy, dziewiczy świat do bezwzględnego obnażenia ludzkiej psychiki, moralności, motywacji. Nawet najwybitniejsza gromadka naukowców, wysłanych w pierwszej kolejności na jeszcze czerwonego Marsa, wpada w pułapkę zwykłych ludzkich charakterów i słabości. Czytając książkę nie raz zastanawiałam się, czy potrafimy przełamać nasze prymitywne zapędy, podziały i uprzedzenia ku większemu dobru/celu.

    A wszystko to w tle przepięknych purpurowo-czarnych zachodów słońca, rozległych czerwonych równin, kanionów, nizin, kraterów. Opisy Marsa potrafią być zresztą naprawdę zjawiskowe, ładnie działają na wyobraźnię. Aż chcę się lecieć, zobaczyć to wszystko własnymi oczami. Znajomość topografii Marsa przez Kima powala. Wrażenie robi także znajomość praw fizyki i technicznych aspektów u autora. Dzięki temu czujemy, że te wszystkie wydarzenia naprawdę mogą mieć miejsce.

    Bohaterzy są zróżnicowani i prawdziwi. Bardzo podoba mi się, że nie ma podziału na bohaterów całkowicie czarnych i białych, złych i dobrych. Każdy w książce potrafi podjąć kontrowersyjne i zróżnicowane moralnie decyzje. Dlatego są tak realni. Kim zapewnia im czasem niesamowite przygody, co sprawia że książka totalnie wciąga i ciężko ją odłożyć. Z ciekawością „obserwujemy” nie tylko jak ludzie zmieniają Marsa, ale także jak Mars zmienia bohaterów. Ale tego wszystkiego nie da się przekazać słowami. Trzeba samemu przeczytać 🙂

    Wieloma rzeczami chciałoby się podzielić podczas lektury Czerwonego Marsa, ale wszystko może tu stanowić zbyt duży spojler, który zepsuje czasem fajne, zaskakujące, a nawet szokujące niespodzianki.

    Osobiście bardzo polecam i podpisuję się pod pozytywną recenzją wszystkimi marsjańskimi rękoma. Tymczasem wracam na Marsa. Następny przystanek… Zielony Mars 🙂 Shikata ga nai.

    PS. Książkę naprawdę trudno dziś zdobyć! Ale wysiłki twardego poszukiwacza będą wynagrodzone kapitalną lekturą 🙂