Bogini z piekła rodem: Wenus

W grudniu 2015 roku astronauta Kimiya Yui z japońskiej agencji JAXA (ang. Japan Aerospace Exploration Agency) przebywając na pokładzie Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS) wykonał fotografię jaśniejącej ponad Ziemią Wenus. Na górnej części zdjęcia widoczny jest także fragment modułu Kibo wraz z widoczną poniżej gwiazdą konstelacji Panny – Spiką. Źródło:NASA/JAXA

Każdy medal ma dwie strony? Na to wygląda. A ten w postaci błyszczącej na niebie wyjątkowym blaskiem Wenus jest tego świetnym przykładem. Jakie tajemnice skrywa sąsiadka Ziemi i czym może zaskoczyć nas ciemna strona jej natury?

Wenus, zwana także Gwiazdą Wieczorną lub Jutrzenką, to druga w kolejności planeta Układu Słonecznego – najbliższa sąsiadka Merkurego i  Ziemi. Utożsamiana przez starożytnych Rzymian z boginią piękna i miłości, planeta fascynowała ludzkość od najdawniejszych czasów, przede wszystkim za sprawą jej przyciągającej uwagę jasności. Wenus pozostaje bowiem najjaśniejszym ciałem niebieskim na firmamencie, zaraz po Słońcu i Srebrnym Globie, osiągając niekiedy blask szacowany na -4,6 magnitudo! Ta niezwykła planeta jest więc zawsze jaśniejsza od najjaśniejszych gwiazd, które obserwować możemy na nieboskłonie o różnych porach nocy i roku. Wenus od początków ery kosmicznej budziła zainteresowanie naukowców, a ze względu na jej położenie w naszym bliskim sąsiedztwie stała się jednym z pierwszych celów naszych badań. Wenus niekiedy zbliża się do nas na odległość zaledwie 40 milionów kilometrów, by później oddalić się na dystans ponad siedmiokrotnie większy.

Nie tylko wyjątkowa jasność i dostępność Wenus przesądziły o tym, że szybko stała się celem misji badawczych. Ta skalista planeta ma masę i rozmiary praktycznie takie jak nasza Ziemia, więc od dawana nazywano ją planetarną bliźniaczką Niebieskiej Planety. Wysyłane w latach 60. XX wieku sondy amerykańskie i rosyjskie miały przynieść oczekiwane przez naukowców wyniki. Większość naukowców spodziewała się ujrzeć planetę pokrytą oceanami, a nawet bujnymi lasami tropikalnymi. Tak właśnie na początku ery kosmicznej wyobrażano sobie lśniącą wyjątkowym blaskiem Gwiazdę Poranną – jako bliźniaczy odpowiednik Ziemi, na którym w przeciągu milionów lat pojawić mogą się pierwsze znane nam formy zaawansowanego życia. Niestety sondy, które docierały w okolice Wenus jednoznacznie przekreśliły entuzjastyczne wizje astronomów. Okazało się, że planeta ta nie ma nic wspólnego z boginią miłości i piękna, na cześć której nadano jej w przeszłości imię. To, co zobaczyli wówczas naukowcy, to niegościnny i przerażający świat pokryty gęstą warstwą chmur tworzonych przez silnie trujące substancje. W dodatku okazało, że pod grubą warstwą obłoków kryje się prawdziwe piekło, bo temperatury na Wenus sięgają nawet 500 stopni Celsjusza!

Dane przesłane przez Marinera pozwoliły amerykańskim astronomom na odkrycie wyjątkowej natury Wenus. Przelot sondy nad planetą w historii badań kosmicznych odnotowano jako pierwszą udaną misję międzyplanetarną. Źródło: NASA/JPL

Rozczarowujące odkrycie prawdy o Wenus to wielki przełom w dziedzinie planetologii. Naukowcy zrozumieli bowiem, że dwa takie same globy, które w chwili narodzin przypominają bliźnięta, mogą przeistoczyć się na drodze ewolucji w zupełnie odmienne światy, których oprócz masy i wielkości nie łączy nic więcej! Astronomowie zaczęli więc analizować losy obu planet, próbując odgadnąć jak mogły rozwinąć się w tak radykalnie odmienny sposób na przestrzeni 4 miliardów lat. Od początku roku 1960 roku wiele statków kosmicznych przybywało w pobliże Wenus, aby odkryć największe tajemnice wyrodnej siostry Ziemi. Niewielki ułamek tych misji kończył się powodzeniem: sondy „wysiadały” w kontakcie z wrogim środowiskiem planety. Szczątkowe informacje docierające od sond, konsekwentnie gromadzone i interpretowane przez naukowców, pozwoliły budować pierwsze, wyraźniejsze obrazy tego globu. Z czasem rozwijająca się technologia umożliwiła badanie powierzchni Wenus bez potrzeby lądowania na planecie. W odkryciu skrywanego przez tak wiele lat prawdziwego oblicza Wenus nie przeszkodziły nawet jej niezwykle gęste chmury i nadzwyczaj wysokie temperatury. Dziś o planecie wiemy naprawdę dużo, ale Wenus wciąż nie przestaje nas zaskakiwać. Czym zaciekawić może Was najbliższa siostra Niebieskiej Planety?

Jedno z pierwszych zdjęć przesłanych przez sondę Mariner (luty 1974 roku). Fotografię wykonano przy użyciu filtra ultrafioletowego, a następnie wzmocniono jej kolor by ukazać pochmurną atmosferę Wenus. Źródło: NASA

Zacięty pojedynek

Zafascynowani niezwykłą naturą Wenus, radzieccy i amerykańscy astronomowie walczący w wielkim wyścigu kosmicznym, jednym z ważniejszych powodów do wzajemnego prześcigania się uczynili właśnie tę planetę. W końcu któż nie chciałby zdobyć tak wyjątkowego trofeum jak najjaśniejszy glob na niebie? Badanie żadnej innej planety nie sprawia tyle kłopotów co w przypadku sąsiadki Ziemi, a wszystko to z powodu iście piekielnych warunków, jakie panują na jej powierzchni i w atmosferze.

Na starcie do podboju Wenus jako pierwsza stanęła kosmiczna wysłanniczka Związku Radzieckiego – sonda Wenera 1. W ramach rozbudowanego programu badawczego opuściła ona Ziemię na początku roku 1961, ale już po niecałym tygodniu naukowcy stracili z nią kontakt. Kolejny statek przeleciał w pobliżu planety zgodnie z planem, ale w efekcie awarii i ta próba zakończyła się fiaskiem, a radzieccy astronomowie znów nie uzyskali żadnych informacji. Los odmienił się w niedługim czasie, bo już w marcu 1966 roku radzieccy naukowcy świętowali dotarcie do powierzchni Wenus sondy Wenera 3. Był to pierwszy obiekt wysłany przez człowieka, który przekraczając atmosferę innej planety dotarł na jej powierzchnię. Niestety awaria systemu komunikacyjnego zakłóciła przesyłanie przez sondę danych. Rok później w atmosferze Wenus znalazła się Wenera 4, która z powodzeniem zbadała środowisko chmur planety, dowodząc, że temperatury na globie sięgają nawet 500 stopni Celsjusza, a atmosfera aż w 95% składa się z dwutlenku węgla – gazu wywołującego na Ziemi efekt cieplarniany. Niestety obiekt nie dotarł do powierzchni planety, z powodu zbyt dużych rozmiarów spadochronu – sonda opadała tak długo, że jej systemowi nie wystarczyło energii zgromadzonej w niewielkich bateriach. Uwzględniający dużą gęstość chmur planety, astronomowie Związku Radzieckiego znacznie zmniejszyli i ulepszyli spadochrony, w które wyposażono kolejne sondy – Wenerę 5 i Wenerę 6. Wysłane pod koniec lat 60. dokonywały pomiarów aż przez 50 minut, dostarczając m.in. informacji o składzie chemicznych i właściwościach fizycznych wenusjańskiej atmosfery. Pierwsze dane telemetryczne z powierzchni planety odebrano dzięki misji sondy Wenera 7, która nadawała z powierzchni planety sygnał przez ponad 20 minut w grudniu 1970 roku. Coraz lepiej przystosowane do warunków panujących na powierzchni planety sondy przesyłały dane znacznie dłużej (nawet przez 50 minut) i dostarczały pierwszych zdjęć powierzchni nieprzyjaznego globu. Wenera 9, która osiadła na stoku, przesłała fotografię krajobrazu usianą dużymi kamieniami, natomiast odmienny obraz zaprezentowała Wenera 10, która wylądowała na bazaltowej równinie. Zdjęcia te były jednymi z pierwszych doniesień o wyglądzie i różnorodności powierzchni Gwiazdy Wieczornej. Radziecki program Wenera od tamtej chwili odnosił w zakresie badań nad Wenus praktycznie same sukcesy: udało się wykryć burze w atmosferze Wenus, wykonać pierwsze barwne fotografie jej powierzchni, zbadać próbki gleby poprzez wykorzystanie spektrometru i promieni rentgenowskich, a także wykonać jedne z pierwszych map powierzchni globu.

Mapa przedstawia obszary wyżynne na Wenus (kolor żółty). Ziemia Isztar znajduje się u góry mapy, a Ziemia Afrodyty poniżej równika. Źródło: NASA

Równolegle do intensywnych badań prowadzonych przez ZSRR swoją eksplorację Wenus realizowały Stany Zjednoczone. Początki amerykańskiego programu Mariner nie różniły się od losów Wenery. Sonda Mariner 1 rozpadła się w kilka minut po starcie w 1962 roku. Kolejny statek badawczy wysłany w miesiąc później miał znacznie więcej szczęścia – sonda Mariner 2 po ponad studniowym locie dotarła w okolice Wenus i przeleciała prawie 35 tysięcy kilometrów nad jej powierzchnią, co w historii badań kosmicznych odnotowano jako pierwszą udaną misję międzyplanetarną. Idąc łeb w łeb z konkurencyjną misją Wenera sonda przy użyciu radiometrów mikrofalowych i podczerwonych badała temperaturę atmosfery globu, co ostatecznie rozwiało nadzieje na znalezienie na powierzchni planety jakichkolwiek oznak życia. Odnotowana wówczas przez Mariner 2 temperatura sięgała 425 stopni Celsjusza. Sonda ta po raz pierwszy zwróciła uwagę naukowców na fakt, iż Wenus posiada bardzo nikłe pole magnetyczne. Kolejne misje programu Mariner skupiały się na badaniu składu chemicznego i właściwości atmosfery planety, a ze względu na podobieństwo do głównych celów badawczych programu Wenera, naukowcy amerykańscy i radzieccy po raz pierwszy postanowili rozpocząć międzynarodową współpracę w badaniach kosmosu! W taki sposób najwięksi przeciwnicy na pewien okres porzucili działa, by połączyć siły i ukierunkować je na lepsze zrozumienie najbliższej sąsiadki Ziemi.

Mimo chwilowego pojednania wyścig kosmiczny trwał nadal, a USA wysunęły się na prowadzenie, gdy za sprawą Marinera 10 uzyskano ponad 4 tysiące fotografii wykonanych przez sondę w 1974 roku z wysokości niecałych 6 tysięcy kilometrów. W późniejszym okresie Stany Zjednoczone zmieniając taktykę wysłały w kierunku Wenus długoterminową sondę, która przez 13 lat podróżując wokół planety wykonywała radarowe mapy jej powierzchni. Mowa tu o programie Pioneer Venus, w ramach którego za pomocą drugiej sondy dostarczono cztery próbniki, które dryfując w wenusjańskich chmurach dostarczały informacji o cechach atmosfery globu. Ameryka w kierunku Wenus wysłała także sondę Magellan, której misja rozpoczęła się w roku 1989. Sonda przez niecałe 5 lat dostarczyła wysokiej jakości obrazów, które pozwoliły na stworzenie wyjątkowo dokładnych map radarowych, dokumentujących aż 98% powierzchni globu. Magellan był ostatnią sondą wysłaną w kierunku tej planety w XX wieku.

Wenus widziana w świetle widzialnym oczyma Marinera 10. Źródło: NASA

Czy na Wenus mógł istnieć ocean?

Przy panujących na Wenus temperaturach na znalezienie wody nie ma obecnie najmniejszych szans. Mimo, że na planecie panują piekielne warunki, bliźniaczka Ziemi według naukowców mogła być w przeszłości pokryta oceanami. Badania wskazują, że w zamierzchłych czasach planeta posiadała w swej atmosferze spore ilości wody. Na tyle duże, że skroplone w postaci deszczu mogłyby pokryć całą jej powierzchnię tworząc ocean o maksymalnej głębokości 25 metrów. Jednak Wenus nawet w przeszłości dręczyły susze, nie tak ogromne jak obecnie, ale temperatura panująca setki milionów lat temu na jej powierzchni, była na tyle duża, że wenusjański deszcz w kontakcie z podłożem wyparowywał w mgnieniu oka. Planeta miała wystarczające pokłady wody, ale przy panujących tam warunkach szanse na stworzenie dzięki tym zasobom środowiska przypominającego to ziemskie były znikome. Mimo wszystko nie wyklucza się, że na Wenus były oceany. Ale nie takie, o jakich myślimy porównując tę planetę z Ziemią.

Niektóre rzeźby terenu obserwowane na Wenus wskazują, że w przeszłości na jej powierzchni istniała jakaś ciekła substancja. Naukowcy sugerują, że mógł to być „półpłynny” dwutlenek węgla wypełniający obecnie atmosferę planety aż w ponad 95 procentach. Znany na Ziemi jako gaz cieplarniany dwutlenek węgla jest przyczyną dla której Wenus stała się niezwykle nieprzyjaznym miejscem Układu Słonecznego. Jak większość substancji CO2 posiada obok trzech podstawowych stanów skupienia (gaz, ciecz, ciało stałe) także czwartą dodatkową fazę – stan nadkrytyczny. W punkcie krytycznym danej substancji zanika różnica gęstości między cieczą a gazem oraz napięcie powierzchniowe, a stanem nadkrytycznym określa się moment, gdy granica między fazą ciekłą a gazową nie istnieje.  Taki półpłynny dwutlenek węgla w stanie nadkrytycznym łączy w sobie cechy charakterystyczne dla dwóch stanów skupienia. Według naukowców to CO2 w takiej formie wypełniał kiedyś wenusjańskie oceany, morza i rzeki. Ciśnienie atmosferyczne na powierzchni Wenus jest obecnie ponad 90 razy większa niż to działające na Ziemi, ale w okresie gdy Gwiazda Poranna była jeszcze bardzo młoda, nacisk powierzchniowy mógł być nawet kilkadziesiąt razy większy. W takim środowisku dwutlenek węgla w fazie nadkrytycznej mógł przetrwać przez stosunkowo długi okres czasu – nawet przez 200 milionów lat. To niewiele w skali wieku planety, ale na tyle dużo, by oceany dwutlenku węgla odznaczyły piętno w geologii Wenus. Jeżeli badania w tej kwestii potwierdzą teorię naukowcy będą mogli lepiej poznać przeszłość wielu z form rzeźby obserwowanych na Wenus oraz odkryć prawdę o ich pochodzeniu.

Jak wyglądał ten nietypowy wenusjański ocean? Naukowcy mówią o nim najczęściej jak o wielkim zbiorniku banieczek gazu, pokrytych grubą warstwą cieczy.

6 – Droga bogini piękna uwieczniona na tle Słońca w czasie tranzytu Wenus z 2012 roku. Źródło: NASA/Goddard/SDO

Krajobraz z piekła rodem?

Gdyby podróż na Wenus była możliwa, bo odkrylibyśmy technologię, która pozwoliłaby astronautom przetrwać na powierzchni tej piekielnie gorącej planety, bez ryzyka usmażenia się już po pierwszym kontakcie z jej środowiskiem, jakie widoki moglibyśmy ujrzeć? Pierwsze kroki śmiałków, którzy podjęliby się próby podróży w wewnętrzne strony Układu Słonecznego, byłyby niezwykle trudne do wykonania. Ciśnienie panujące na Wenus (ponad 90 razy większe niż na Ziemi) sprawia, że chodzenie tam byłoby równie trudne, jak poruszanie się w wodzie, na głębokości co najmniej 900 metrów. A wszystko to – nie zapominajmy – przy temperaturze wykraczającej daleko poza skalę naszych zaokiennych termometrów. Każdy krok na Wenus przypominałby stąpanie po rozżarzonych węglach, choć porównanie to i tak łagodnie odnosi się do warunków, jakie panują na powierzchni tego globu. Przemieszczania się nie ułatwiłyby także wenusjańskie wiatry. Choć są one powolne i zwykle osiągają prędkość zaledwie kilku kilometrów na godzinę, gęsta atmosfera planety sprawia, że z łatwością przenoszą one duże ilości pyłu, a nawet średniej wielkości kamienie! Poza tym dookoła astronautów panowałby prawdopodobnie półmrok – chmury planety przepuszczają bardzo niewielkie ilości promieni słonecznych, odbijając tak dużo światła, że albedo planety może wynosić nawet 0,8 w jednostopniowej skali. Jaśniejąca niezwykłym blaskiem Wenus skrywa więc pod swoimi chmurami dosyć ciemno i ponuro prezentujący się świat. Orientacji w terenie przy tak niewielkim nasłonecznieniu nie ułatwiałby fakt, iż z powodu rotacji wstecznej, Słońce na Wenus wschodzi na zachodzie, a za horyzontem skrywa się tam, gdzie normalnie oczekiwano by go nad ranem. Poza tym dzień na planecie trwa dłużej niż tamtejszy rok: odpowiednio 243 dni ziemskie i 225 dni ziemskich!

Gdy w końcu wenusjański astronauta przyzwyczaiłby się do tych dziwnych i zarazem przerażających warunków, jakie krajobrazy mógłby podziwiać na swoim pierwszym spacerze? Wszystko, co zobaczyłby w trakcie swojej przechadzki, byłoby wspaniałym odzwierciedleniem geologicznej historii tej planety.  Charakter powierzchni Wenus wyraźnie wskazuje na dużą aktywność wulkaniczną planety, bo glob pokryty jest dużą ilość bazaltu, a więc zastygniętej lawy, która przez wiele milionów lat wypływała na zewnątrz wulkanów w potężnych erupcjach. I choć Wenus pod względem ilości aktywnych wulkanów zdecydowanie prześciga swoją bliźniaczkę Ziemię, to ukryty w półmroku i gęstych chmurach krajobraz jest raczej zwyczajny. 70% powierzchni globu stanowią bowiem łagodne wyżyny, równiny wulkaniczne, faliste wzniesienia i niewielkie doliny. Ta forma terenu tworzy dwie, wyraźnie oddzielone od siebie krainy geograficzne. Każda z nich ma powierzchnię podobną do ziemskich kontynentów: północny obszar wyżynny – Ziemia Isztar (nazwa pochodzi od imiennie babilońskiej bogini miłości) swoją powierzchnią dorównuje Australii. To nad tym obszarem piętrzą się najwyższe wenusjańskie góry – Góry Maxwella, których szczyt znajduje się 11 kilometrów powyżej średniego poziomu powierzchni Wenus. Wysokie wzgórza i góry stanowią zaledwie 10% krajobrazu Wenus. Południowy obszar nazwany na cześć greckiej bogini miłości i piękna nosi nazwę Ziemi Afrodyty. Na obszarze rozmiarami przypominającym Amerykę Południową nie ma wprawdzie wysokich gór, ale uwagę przyciągają tam przede wszystkim uskoki i osobliwe spękania.  Niziny rozciągają się na obszarze 20% powierzchni całej planety.

Naukowcy długo zastanawiali się, jak Wenus radziła sobie w okresie, kiedy planety Układu Słonecznego wyłaniające się z tzw. zupy pierwotnej przez długi czas nękane były bombardowaniem przez duże meteoryty i komety. Analizując mapy wenusjańskiej powierzchni nie odnajdujemy na niej zbyt licznych śladów po uderzeniach. W odróżnieniu od innych globów naszego kosmicznego podwórka, takich jak Merkury czy Księżyc, znalezienie krateru o średnicy większej niż 2-3 kilometry jest na Wenus prawie niemożliwe. Zdaniem astronomów wszystkiemu winna jest atmosfera planety, której gęstość jest na tyle duża, by spowolnić meteory do tego stopnia, że wypalą się całkowicie lub zdecydowanie stracą na masie, zanim dotrą do powierzchni globu. Najstarsze pamiątki po uderzeniach datowane są na 500 milionów lat. Wspomniana już aktywność wulkaniczna planety sprawiła, że większość śladów po spotkaniach z „obcymi” z kosmosu została zatarta. Uboga w kratery powierzchnia Wenus jest mimo wszystko ciekawym obiektem badań dla planetologów. Wenus posiada bowiem szereg unikalnych cech powierzchni, nie spotykanych na innych globach Układu Słonecznego. Nasz astronauta odnaleźć mógłby tam między innymi wenusjańskie „naleśniki”. Takie właśnie skojarzenia wywołują spotykane na sąsiadce Ziemi kopuły wulkaniczne o płaskich szczytach (tzw. farra), których wysokość nie przekracza jednego kilometra, a średnica sięga niekiedy nawet 50 kilometrów. Wspomniane sieci spękań występujące na Ziemi Afrodyty to tzw. novae – gwiaździste systemy spękań rozgałęziające się od jednego centralnego punktu. Niektóre systemy pęknięć przypominają pajęcze sieci, ze względu na ich dosyć uporządkowane rozmieszczenie (tzw. arachnoidy). Większość tych tworów, podobnie jak reszta cech krajobrazu planety, jest efektem działalności wenusjańskich wulkanów.

Wenus w obiektywie Hinode’s Solar Optical Telescope w trakcie tranzytu z 2012 roku. Źródło: JAXA/NASA/Hinode

Co skrywają wenusjańskie chmury?

Gęsta wenusjańska atmosfera składa się z ogromnych ilości dwutlenku węgla i niewielkiej domieszki azotu. Masa atmosfery jest tak duża, że ciśnienie na planecie przewyższa co najmniej 90 razy to, z którym na co dzień mamy do czynienia na Ziemi. Pokaźne pokłady dwutlenku węgla są przyczyną najsilniejszego obserwowanego w Układzie Słonecznym efektu cieplarnianego. Do Wenus dociera 25% energii słonecznej, ale atmosfera planety skrupulatnie gromadzi ciepło dostarczane przez gwiazdę, powodując, że jego powtórna ucieczka w przestrzeń kosmiczną staje się praktycznie niemożliwa. To właśnie dlatego planeta, która leży aż dwa razy dalej od Słońca niż Merkury, jest zdecydowanie bardziej gorętsza, niż położony najbliżej naszej gwiazdy dziennej glob! Atmosfery nie ochładza nawet powolny obrót Wenus – nocna strona planety właściwie wcale nie stygnie. Co ciekawe temperatura na powierzchni całej planety ma podobne wartości – niezależnie czy jest to równik, czy biegun globu. Naukowcy tłumaczą to zjawisko trzystopniowym nachyleniem osi planety, które sprawia, że sezonowe wahania temperatury są bardzo łagodne.

Gdyby leżenie na powierzchni Wenus było możliwe, obserwowane chmury być może przybierałyby bajkowe kształty, ale w rzeczywistości mają one więcej wspólnego z horrorem. Obłoki te składają się bowiem z dwutlenku siarki i kwasu siarkowego! Poza tym w chmurach Wenus mocno wieje. W przeciwieństwie do wspomnianych już powolnych wiatrów powierzchniowych, te wiejące w wysokich partiach chmur osiągają duże prędkości – na szczytach wenusjańskich obłoków wieje z prędkością 300 kilometrów na godzinę, co oznacza, że wiatry okrążają planetę w ciągu maksymalnie 5 ziemskich dób. Pogoda na Wenus raczej nie jest przyjazna, co potwierdzają badania sondy Venus Express, która potwierdziła, że w chmurach planety często pojawiają się błyskawice. Ich powstawanie jest związane najprawdopodobniej z gazami uwalnianymi przez aktywne wulkany – w chmurach unoszących się także nad tymi, które dymią na Ziemi, często dostrzega się wyładowania elektryczne.

Charakter wenusjańskiej atmosfery i chmur szczelnie zakrywających powierzchnię planety nie pozostawia złudzeń, co do tego, że Wenus nie jest miejscem, w którym należałoby spodziewać się oznak życia. Ale według naukowców twierdzenie to jest aktualne tylko jeśli mówimy o życiu podobnym do tego, które rozwija się na naszej Planecie. Ale jakie formy organizmów mogłyby przerwać w tym piekielnych warunkach, skoro w kontakcie z nieprzyjaznym środowiskiem tego globu dużych szans na przetrwanie nie mają nawet sondy kosmiczne? Wielu astrobiologów na przekór wszystkim informacjom na temat Wenus twierdzi, że może być ona domem dla pewnego rodzaju życia, które nie istnieje na Ziemi. W dodatku jako miejsce jego możliwego rozwoju wskazują nie powierzchnię planety, a tłoczące się nad nią gęste chmury. To tam, według naukowców, na wysokości 50-65 kilometrów panują warunki zbliżone do tych ziemskich – przynajmniej w kwestii ciśnienia i temperatury. Ale czy w tamtym rejonie istnieje choćby niewielka ilość pary wodnej lub tlenu?

Według astrobiologów, których wizje na temat wenusjańskiego życia mają charakter zdecydowanie spekulacyjny, w wysokich chmurach nad Wenus mogły zachować się niewielkie ilości wody. Ale jak się okazuje duże ilości H20 na planecie wcale nie są wymagane, by mieć powody do szukania na niej śladów istnienia prostych organizmów. A przykłady, które motywują do tego astrobiologów, odnajdujemy tutaj – na Niebieskiej Planecie. Ziemskie bakterie to organizmy na tyle wytrzymałe, że odnaleziono je nawet w bardzo wysokich warstwach atmosfery. Radziły sobie tam doskonale mimo znikomej ilości wilgoci, niskiego poziomu tlenu oraz narażone na duże dawki promienia ultrafioletowego. Znaleźliśmy także bakterie występujące m.in. w ciemnych jaskiniach, gdzie żywią się siarką wytwarzając żrącą substancję, jaką jest kwas siarkowy. Skoro organizmy, które wytrzymują towarzystwo kwasów, istnieją tutaj, dlaczego miałoby nie występować w wenusjańskich chmurach?

Ale kto właściwie wpadł na pomysł, by na Wenus szukać życia? Astrobiolodzy nie kierują się w swoich działaniach tylko wybujałą wyobraźnią. W gęstych wenusjańskich chmurach odnajdywane są związki chemiczne, których powstawanie może być związane z działalnością hipotetycznych „bakterii”, Mowa tu m.in. o dwutlenku siarki, siarkowodorze oraz siarczku karbonylu, który na Ziemi powstaje w wyniku oddziaływania światła słonecznego na materię organiczną. Od kilkunastu lat obserwowano także, że obłoki na Wenus pochłaniają więcej światła ultrafioletowego, niż powinny.  Wenus znajdująca się blisko Słońca bombardowana jest większymi dawkami tego promieniowania, niż ma to miejsce w przypadku Ziemi. Na wysokości 50 kilometrów opalanie mogłoby skończyć się śmiertelnym poparzeniem słonecznym. Jednak naukowcy sądzą, że to właśnie kwas siarkowy, z którego składają się chmury na Wenus może być czymś w rodzaju super mocnego filtra przeciwsłonecznego. Oznacza to, że substancja którą uważamy za wrogą dla życia, mogłaby być naturalnym sprzymierzeńcem drobnych organizmów zamieszkujących wysokie partie chmur planety. Mimo wielu badań i spekulacji pytanie, czy w wenusjańskich chmurach skrywa się jakaś niezwykła, żywa materia, wciąż pozostaje bez odpowiedzi.

 

Artykuł po raz pierwszy pojawił się w czasopismie Astronomia w numerze 44 / luty 2016.