Wywiad Pulsu: Alastair Reynolds

Space opera jest gatunkiem specyficznym. Ludzkość przemierzająca Galaktykę, napotykająca na swojej drodze obce rasy i wszelakie „wormhole” nie każdemu przypada do gustu. Osobiście byłem także sceptyczny, gdy po raz pierwszy sięgnąłem po książkę Alastaira Reynoldsa. Odnalazłem tam jednak bogate uniwersum, aczkolwiek bez dziesiątek obcych gatunków i „podróży nadprzestrzennych”. Świat wykreowany przez tego walijskiego autora zamyka się w naszej okolicy. Jedną z najodleglejszych w nim gwiazd jest Delta Pawia – odległa od nas o 20 lat świetlnych. Nie znajdziemy też w jego książkach przedziwnych ras obcych, pojawiają się one jedynie jako wymarłe gatunki. Dzięki temu uniwersum Przestrzeni Objawienia jest mroczne i pełne zagrożeń. Pomimo eksploracji tylko najbliższych systemów jest to wszechświat niezmiernie bogaty. Każdy układ posiada własną (często gorzką) historię, a kilka obecnych w nim odłamów ludzkości próbuje po prostu przetrwać. Sam autor z wykształcenia jest astrofizykiem. Co prawda porzucił on karierę naukową dla pisania, jednak w jego twórczości mocno wyczuwalny jest pewien „sznyt” naukowca. Nie trzyma się on kurczowo spójności naukowej – nie jest to stricte twarde science-fiction – jednak każdy mający pojęcie o Kosmosie zauważy, że facet po prostu zna się na rzeczy. Nie wiem ilu z was jest zaznajomionych z książkami Alastaira Reynoldsa, ale po cichu mam nadzieję, że kilkoro z was sięgnie po nie po przeczytaniu małego wywiadu, którego zgodził się on udzielić naszemu portalowi. Przed państwem Alastair Reynolds!

Maciej Tadaszak (PK): Jesteś znany przede wszystkim jako pisarz, ale jesteś także astrofizykiem. Czy masz może jakąś specjalizację?

Alastair Reynolds: Moja kariera naukowa zakończyła się w roku 2004, gdy opuściłem Europejską Agencję Kosmiczną i zostałem pisarzem „na pełen etat”, więc nie mogę się już uważać za astrofizyka. Rozpocząłem moją karierę naukową prowadząc optyczne badania gwiazd podwójnych (bardzo masywnych gwiazd emitujących promieniowanie X, jak na przykład pulsar SMC X-1) na Uniwersytecie St Andrews. Przeniosłem się następnie do Holandii, by w 1991 rozpocząć pracę dla ESA. Kontynuowałem badania nad tym typem gwiazd, jednak skupiałem się już nad badaniem samego promieniowania, zamiast badaniami optycznymi. Moją pierwszą pracą było utrzymywanie i badanie danych archiwum EXOSAT, które zawierało rezultaty obserwacji wielu misji, w tym także samego EXOSAT, która to misja zakończyła się w roku 1986. Podczas mojego pobytu w Utrechcie zajmowałem się badaniem połączonych danych, zarówno optycznych jak i promieniowania. Powróciłem po tym czasie do ESA, gdzie w latach 1997 – 2004 zajmowałem się kilkoma innymi projektami. Pomimo porzucenia kariery naukowej cieszę się, że sprawy potoczyły się tak, a nie inaczej. Ciągle mam tam przyjaciół i uważam za szczęście, że udało mi się utrzymać kontakt z wieloma moimi kolegami i mogę prowadzić gościnne wykłady dla ESA i innych organizacji. Chociażby w zeszłym tygodniu byłem w Strasburgu, gdzie poprowadziłem wykład dla Międzynarodowego Uniwersytetu Kosmicznego.

MT: Często w swoich książkach przekształcasz niejako aspekty naukowe i sam to przyznajesz. Jak Twoje wykształcenie na nie wpływa? Czy uważasz podejście naukowe za istotne w science-fiction?

AR: To zależy od książki, od spojrzenia i od tego jak książka pasuje do całej serii. W książkach Przestrzeni Objawienia jest pewna doza „dokładności” naukowej, której staram się trzymać, jednak nie oznacza to, że są one prawidłowe we wszystkich aspektach. To utrudniłoby mi opowiedzenie opowieści. Osobiście nie jestem zainteresowany science-fiction, w którym nauka sto i ponad samą historią. Darzę naukę respektem i chcę nią grać w działające na wyobraźnię i zaskakujące sposoby, jednak sama opowieść jest najistotniejsza.

MT: W jaki sposób zainteresowałeś się kosmosem? Czy byłeś po prostu dzieciakiem, który spoglądał w niebo?

AR: Tak. Myślę, że tak to wyglądało. We wczesnych latach zainteresowałem się kosmosem i science-fiction, a rodzina i nauczyciele podsuwali mi książki związane z tym tematem. Odpowiadali jednak na zainteresowania, które wykazywałem już znacznie wcześniej. Dostałem swój mały teleskop w 1982 roku, mam go zresztą do dzisiaj. Czerpałem wiele radości z obserwacji planet. Później, już kilka lat później, ja wraz z moimi dwoma przyjaciółmi również zainteresowanymi astronomią, postanowiliśmy przystąpić do kursu dotyczącego astronomii właśnie, który kończył się egzaminem. Przygotowywaliśmy się do niego samodzielnie, tylko my i książki, ale wszystkim nam udało się ukończyć owy kurs. Był to dla mnie duży krok w kierunku rozpatrywania astronomii jako dalszej drogi kariery.

MT: Świat wykreowany przez Ciebie uważam nawet za ciekawszy niż ten, na przykład, w Gwiezdnych Wojnach. Skąd wziąłeś pomysł na tak złożone uniwersum, z taką ilością układów i frakcji?

AR: Gwiezdne Wojny ukazały się, gdy miałem dwanaście lat. Poszedłem obejrzeć je w kinie w dzień moich urodzin. Miały one oczywiście wielki wpływ na moje wczesne postrzeganie Wszechświata i uwielbiam ich koloryt i rozmiar. Zacząłem czytać science-fiction mniej więcej w tym samym okresie i szybko pokochałem prace Larry’ego Nivena, które wypełnione jest bogactwem obcych, frakcji, technologii itp. Było to dla mnie wielką inspiracją i zacząłem pisać swoje pierwsze opowiadania i książki gdzieś pomiędzy 1981 a 1984 rokiem. Później odkryłem książki takich autorów jak Joe Haldeman, Gregory Benford i innych, którzy pomogli ukształtować moje przyszłe aspiracje.

MT: W Twoich książkach nie pojawiają się obce cywilizacje. Jeśli już, to jako wymarłe gatunki, relikty przeszłości. Czy wynika to z braku Twojej wiary w powszechność inteligentnego życia?

AR: Masz rację, że w uniwersum Przestrzeni Objawienia nie ma obecnych obcych cywilizacji, jednak pojawiają się one w jednej, czy dwóch książkach i opowiadaniach. Dla mnie było to przede wszystkim środkiem budowania atmosfery, tego tajemniczego, pustego Wszechświata wypełnionego reliktami obcych i niewyjaśnionych tajemnic. Było to też moim sposobem myślenia o paradoksie Fermiego, często zaniedbanego w „popularnym” SF. Na przykład w Star Treku, obce cywilizacje często przedstawione są jako posiadające podobny poziom naukowego i technicznego zaawansowania i Romulanie, Klingoni i Federacja posiadają podobne uzbrojenie i statki i żadna z nich nie posiada znacznej przewagi nad innymi. Jednak Galaktyka ma miliardy lat, więc jest wielce prawdopodobne, że jeśli spotkamy kiedyś obce cywilizacje różnice między nami będą ogromne. Nie będą to tysiące lat różnicy w rozwoju, zapewne będą one sięgały milionów, może nawet miliardów. Nie jest to oczywiście zbyt chwytliwe w telewizji i rozumiem dlaczego tak wygląda Star Trek (i także Gwiezdne Wojny), ale z literackiego punktu widzenia należy spojrzeć na temat trochę głębiej.

MT: Space opera jest gatunkiem specyficznym i rządzi się własnymi prawami. Jednak Twoje książki ciężko nazwać utopijnymi, ani dystopijnymi. Czy uważasz, że pomimo ciągłego postępu technicznego człowieka, będziemy popełniać te same błędy?

AR: Rzadko zdarza mi się zastanawiać, czy piszę coś utopijnego, czy jest to bardziej dystopia. Zabieram się po prostu za pracę i próbuję wymyślić dobrą historię, która pociągnie za sobą czytelnika. Często wymaga to zaangażowania jakiegoś zagrożenia, czy dramatu, więc bohaterowie muszą konfrontować się z nieprzyjemnymi sytuacjami i popełnić po drodze kilka błędów. Jednak, o dziwo, jestem optymistycznie nastawiony wobec naszych długoterminowych szans. Myślę, że stopniowo nauczymy się popełniać coraz mniej błędów z przeszłości. Powoli i boleśnie uzyskiwać pewną „mądrość gatunku”. To będzie naprawdę ciężka droga, jednak lubię myśleć, że uda nam się ją przebyć, nawet jeśli zajmie nam to tysiące lat.

MT: Czy zamierzasz napisać książkę dziejącą się poza uniwersum Przestrzeni Objawienia? Czy uważasz ten temat za jeszcze nie wyczerpany?

AR: Odszedłem już od tego uniwersum w kilku książkach. Napisałem Century Rain, Pushing Ice, House of Suns, Terminal World, czy trylogię Poseidon’s Children, czy ostatnio Revenger, więc jeśli nie wszystkie te książki ukazały się w Polsce (zdaje się, że żadna z nich – przyp. red.), to i tak jest tego całkiem sporo poza Przestrzenią Objawienia. Obecnie piszę powieść umiejscowioną w tym uniwersum. Na szczęście, jeśli odejdę od niego na chwilę, to pozwala mi to zachowywać świeżość. Jeśli jednak zacznę uważać go za wyczerpany temat, nie będę miał oporów przed porzuceniem go.

Alastair Reynolds chętnie czytałby Puls Kosmosu. Gdyby tylko rozumiał…

Komentarze

comments