Wywiad Pulsu: Peter Watts

Absolutnie niczego się nie spodziewałem. Nie miałem żadnych oczekiwań, gdy pisałem kilka miesięcy temu do Wattsa z prośbą o wywiad. Nie tylko wyraził szczerą chęć, absolutnie pasował mu pomysł spotkania się podczas Pyrkonu. Wywiad przy piwie z Peterem Wattsem? Czemu nie…

Tak więc, stało się. Oto wywiad z autorem, którego książki potrafią wywrócić umysł na zewnątrz – wiecie, jak w filmie „Mucha” z Goldblumem. Przed Wami Peter Watts!

P.S. Bardzo dziękuję Piotrowi Noelle za wsparcie psychologiczne (WTF?! – przyp. RK) i lingwistyczne. Następnym razem na pewno zrobisz lepsze zdjęcia 😉

Maciej Tadaszak (Puls Kosmosu): Chciałbym zacząć od czegoś, czego pewnie już nie cierpisz. Od Ślepowidzenia. Skąd pomysł na wampiry? Gdy pierwszy raz czytałem książkę pomyślałem sobie: Naprawdę? Wampiry? Jakie to banalne.

Peter Watts: Zgadzam się z Tobą. Moje racjonalne wyjaśnienie wampirów pojawiło się jeszcze przed Ślepowidzeniem. Poszedłem na pewien con w Kanadzie. Jakiś idiota wpisał mnie na panel o wampirach. Nie miałem o nich żadnego pojęcia. Nie oglądałem nawet „Buffy – postrach wampirów”. Nagle znajduje się na tym panelu, otoczony przez fanów rozmawiających o aniołach itp. Ni cholery miałem o tym pojęcia, nie obchodziło mnie to. Ale mam za to pojęcie o biologii. Więc jedynym sposobem, w jaki mógłbym się odnaleźć w tej sytuacji, było myślenie nad jakąś biologiczną racjonalizacją czegoś, co jest (nie oszukujmy się) jakąś głupią mityczną istotą. No bo pomyślmy, jeśli wampiry tak reagują na krzyże, to jakim cudem mogą przechodzić przez skrzyżowania? Zacząłem się zastanawiać nad tym wszystkim. Wampiry są ludźmi, są ssakami. Możesz zjadać tylko to, czego populacja rośnie równie szybko jak Twoja, w przeciwnym przypadku nie uzupełniały by się zapasy Twojego pożywienia. Więc pewnie dlatego tyle czasu wampiry spędzają w trumnach, by zmniejszyć zużycie energii. I wtedy zacząłem się zastanawiać nad tą „skazą krzyżową”, pewnym procesem podobnym do epilepsji, który dzieje się w korze wzrokowej. Pomyślałem wtedy, że już coś mam. To wszystko mogłoby powodować, że teraz nie ma wampirów, które po prostu boją się, że wyczerpią w końcu źródło pożywienia. Rzuciłem ten pomysł a wśród publiczności nastała cisza. W końcu ktoś zapytał: „Ok, tak na marginesie – bo w tym odcinku, gdzie anioł torturuje dziewczynę Gilesa…” (śmiech) No, plusem było to, że nikt już więcej nie zaprosił mnie na panel o wampirach. Przynajmniej byłem zainspirowany przez nich. Zastanawiałem się nawet nad jakąś książeczką o biologii wampirów. No, ale potem pracowałem nad Ślepowidzeniem. W tej książce jest wiele postaci, które reprezentują różne stany świadomości. Chciałem po prostu pracować nad różnymi archetypami. Okazało się, że znajdzie się tam miejsce na wampira. Początkowo był to osobny projekt. Właściwie nawet nie projekt, pomysł na który wpadłem na jakimś głupim panelu. Jednak zaczęło to jakoś funkcjonować. Jedynym pytaniem jakie mi pozostało było to, czy nazwę go „homo sapiens cośtam”, czy pozostanę przy po prostu wampirze. Bo widzisz, ludzie nazywają wszelakie niskie hominidy żyjące na wyspach „hobbitami”. Nigdy nie kupiłem tego pomysłu z nazewnictwem zombie w  „Walking Dead”, bo w przypadku takiej apokalipsy, nie ma powodu, by nie nazywać takich stworzeń „zombie”. Więc jeśli takie stworzenia, o jakich mowa, pojawiłyby się na Ziemi, to ludzie nazywaliby je wampirami. To jest banał, w dodatku wymyśliłem to jako pokazanie ludziom środkowego palca na tym panelu (śmiech), ale okazało się to całkiem niezłą zabawą. Nie ma zbyt wiele głupszych rzeczy, niż wampir, jeśli się nad tym zastanowić. Całe to zastanawianie się nad naukowym wyjaśnieniem było niezłym tłem.

MT: Idea wampirów jako taka jest głupia, ale Jukka Sarasti (postać wampira z Ślepowiedzenia) jest cholernie inteligentny.

PW: Tak, właśnie. Bo pomyślmy: co odróżnia drapieżnika od ofiary? Prócz tego, że jeden zjada drugiego. Musisz go przechytrzyć. Krowa nie musi przechytrzyć trawy, co prawda, nie wymagała tego od niej selekcja naturalna.  Ale selekcja naturalna mówi przede wszystkim o tym, że drapieżnik musi być mądrzejszy. Więc jeśli ktoś miałby polować na ludzi, to musi być od nich mądrzejszy.

MT: Jak wygląda obecna kondycja science-fiction w Kanadzie. Pochodzi stamtąd kilka dużych nazwisk: Atwood, van Vogt. Jak to u was obecnie wygląda?

PW: Jedną z rzeczy, która naprawdę wkurza mnie w byciu pełnoetatowym pisarzem jest to, że nie mam tyle czasu na czytanie, ile bym chciał. Gdy czytam, to czuję, że powinienem czytać biologię, coś o sprawach technicznych itp. Więc nie jestem już tak na bieżąco, jak w czasach liceum, czy na studiach, gdy czytałem znacznie więcej. Jest mnóstwo książek, które chciałbym jeszcze przeczytać, nadrobić. Nie jestem więc ekspertem. Co uważam za ciekawe to to, że Atwood i Gibson, gdy czytają ich profesorowie w tweedzie i łatami na łokciach, stwierdzają: „To naprawdę bardzo dobre, to nie może być science-fiction”. Atwood jest akurat znana z tego, że odrzuca zarzuty, jakoby pisała science-fiction. Muszę powiedzieć, że obecna kondycja science-fiction w Kanadzie jest… Zarazem najlepszym jej okresem, jak i najgorszym. Jest wielu świetnych pisarzy. Problem polega na tym, że o wielu z nich nie słyszy się poza Kanadą. Weźmy na przykład Davida Nickel. Od razu zaznaczam – to mój przyjaciel. Napisał powieść Eutopia, która w podstawowej warstwie jest powieścią o eugenice, ale w rzeczywistości jest to biologiczne objaśnienie wirusa, który wywołuje przeżycia religijne. Pisze naprawdę dobrze i ma takie małe wydawnictwo ChiZine. Mają tam naprawdę kilku dobrych pisarzy, o których zapewne nie słyszeliście, bo mają mały nakład. Robią naprawdę świetną robotę, ale nie docierają do tylu osób. Jest jeszcze na przykład Robert Sawyer. Jakiś czas temu leciał w tv serial Flash Forward. To było właśnie oparte na powieści napisanej przez niego. Komercyjnie odniósł znacznie większy sukces niż ja, mogę tylko o takim marzyć. Jego książki opierają się na chwytliwych, popularnych tematach, pisze także dla National Geographic. Jest naprawdę sporo dobrego science-fiction w Kanadzie. Dlaczego jesteś zainteresowany właśnie kanadyjskim science-fiction?

MT: Bo jesteś Kanadyjczykiem.

PW: (śmiech) No tak. Słyszałeś o Carlu Schroederze? Pisze naprawdę dobre space opery. Ciekawe u niego są…hmmmm… drewniane statki kosmiczne. To właściwie wielkie kule, 4 tysiące mil średnicy. Oczywiście z powietrzem w środku. Więc wygląda to na…steam punkowe, wręcz średniowieczne konstrukcje. Całość się obraca, dla wytworzenia sztucznej grawitacji, są tam sztuczne słońca. Możesz podskoczyć odpowiednio wysoko i dryfować w powietrzu przez wieczność. Jest całkiem twórczy, jeśli chodzi o tego typu pomysły. Publikuje w dużym wydawnictwie – Tor. Ma dużego wydawcę, ale też nie może się do końca przebić. Napisał więcej książek ode mnie. W mojej opinii jest nawet lepszy niż Rob Sawyer, ale nie odniósł takiego sukcesu komercyjnego. To pasuje do stereotypu o Kanadzie. Jesteśmy dobrzy, ale nie mówimy o tym, więc nikt o nas nie wie (śmiech).

MT: Idąc tym tropem… Nie masz dużo czasu na czytanie, ale coś czytać musisz. Co czytasz, tak prywatnie?

PW: Wiesz, jestem zafascynowany postępem w neurotechnologii i tego typu naukach. Ale jeśli chodzi o literaturę, która ostatnio mnie porwała… Jedna z książek, która mnie naprawdę porwała, to The Devourers. Napisana przez… Indra….jakoś… hinduskie nazwisko. (Indra Das – przyp. autora) Jest na tyle brzydki, że mógłby być Kanadyjczykiem. Wychował się w Kalkucie, ale jak zaglądałem w jego biografię i chyba obecnie przebywa w Vancouver, albo przebywał, gdy pisał tę książkę. Napisał więć Devourers, która jest bardzo ciekawą sagą o wilkołakach, której akcja toczy się w Indiach. Dzieje się na przestrzeni tysięcy wręcz lat. Zostałem poproszony o to, by ją trochę zareklamować, dlatego ją przeczytałem (śmiech). Ale ta książka ma w sobie wiele żywych, bujnych obrazów, ale też niesamowitą brutalność. Są także wilkołaki-geje i tego typu rzeczy. Całkiem nowy rodzaj powieści. Central Station jest naprawdę dobra, to Lavie Tidhar. Ta książka także ma wampiry, aczkolwiek nie lubię jego wampirów. Jedyną rzeczą, której nie kupuję w tej książce, to właśnie wampiry. Żywią się danymi, ale reszta ich cech jest typowa. Reszta aspektów tej książki jest naprawdę niezła. Odpieprzcie się po prostu od moich wampirów. Mam swój naukowy wkład w wampiry (śmiech). Jego podejście jest… Wiesz, wszystko jest umieszczone w naszym Układzie Słonecznym, ale co z tymi, którzy zostali tutaj? Całość jest więc złożona z krótszych historii, której centralnym punktem są ludzie, którzy podróżują po kosmosie. Akcja toczy się na Bliskim Wschodzie. Posiada więc całe warstwy historii regionu, masz tam na przykład żydowskie roboty, wszystko posiada elementy kultury regionu.

Jednym z najlepszych elementów Blade Runnera było to, że był to jeden z pierwszych filmów science-fiction, który pokazał nam, że przyszłość nie zastępuje nagle teraźniejszości, że nagle masz do czynienia z błyszczącymi pająkami, bańkami i latającymi samochodami. Przyszłość powstaje niejako w miejsce przeszłości, i masz podobne wrażenie w Central Station, ale…. ponieważ historia Bliskiego Wschodu sięga tysięcy lat wstecz, zamiast na przykład kilkuset, cały ten sens, ten kontekst, ma znacznie większy zasięg. To naprawdę dobre rzeczy, ale ciężko je nazwać typowymi, biorą one po prostu science-fiction na inne tory. To miła odmiana od konwencjonalnych powieści. Jak stare space opery, które wszyscy znamy. Są dobre, ale to nadal konwencjonalne rzeczy. Te książki są z rodzaju tych, których wcześniej się nie spotykało.

MT: Pokazywałeś nam przed chwilą dane telemetryczne z misji Tezeusza w Ślepowiedzeniu. Zgaduję, że przed pisaniem tej książki nie wiedziałeś, gdzie znajduje się na przykład Makemake, albo Eris?

PW: Makemake? Eris? Nie wiem, o czym mówisz….

MT: Mówię o planetach karłowatych w Pasie Kuipera.

PW: Aha, okej (śmiech).

MT: Astronomia jest naszym tematem.

PW: OK (śmiech). Pytasz, czy wiedziałem o istnieniu tych obiektów, przed pisaniem Ślepowidzenia? Są tam planety karłowate. Jest też tam brązowy karzeł…

MT: Czarne dziury…

PW: Nie, nie, rzucam po prostu nazwami, uwierz mi (śmiech). Zainteresowałem się tym, bo Carl Schroeder wykazuje zainteresowanie lodowymi brązowymi karłami, które osobiście uważa za bardziej powszechne niż konwencjonalne. Tak, ciemne, ciemne jak cholera, ale uważa on, że łatwiej będzie nam dotrzeć do takiego obiektu, niż do jakiejś gwiazdy. Nie mówi on o zamieszkaniu na powierzchni, tylko na orbicie. Gdy wpadłem na pomysł Big Bena, potrzebowałem czegoś, co będzie wielkie, jakiś super-jowisz, coś co byłoby jeszcze teraz trudne do wykrycia przez nas. Natrafiłem na artykuł kogoś o nazwisku Oasa. (Emiko Oasa – przyp. autora) Znalazł on ponoć coś, co może mieć wymiary pośrednie. Nie jestem fizykiem, nie jestem astronomem, ale pomyślałem, że mogę się tego złapać. Rozmawiałem z Jamiem Matthewsem o tym temacie, to astrofizyk z Uniwersytetu Kolumbii Brytyjskiej. Według niego Oasie nikt nie uwierzył, ale faktycznie chodziło o coś pośredniego między super-jowiszem a brązowym karłem. Nie pamiętam nawet, czy potrafią one utrzymać fuzję.

MT: Mogą utrzymać jedynie na początku istnienia i to też zależy od masy.

PW: Ale nie mogą utrzymać jej na stałe. Właśnie. Jest w książce fragment, gdzie Sarasti wyrzuca z siebie jakieś dane, statystyki, ale kompletnie ich zapomniałem. No ale uznałem, że to będzie dobre miejsce, gdzie umiejscowię Rorschacha. Taki obiekt miałby złożoną atmosferę, być może w której będą złożone związki organiczne. Na końcu książki dodałem kilka wyjaśnień dotyczących tego typu kwestii, więc mogę powiedzieć ludziom jak Ty: „hej, nie patrz na mnie, to nauka” (śmiech).

Paderewski, Watts, no i autor.

MT: Czytałem zbiór Twoich opowiadań, (Odtrutka Na Optymizm – przyp. autora) i chciałbym zapytać o Wyspę. Wiem, pewnie nadal wszyscy pytają o Wyspę. Myślałeś kiedyś, by rozwinąć to w powieść? Bo to naprawdę znakomity materiał, może nawet na jakąś hard science-fiction space operę.

PW: Nie tylko na to wpadłem, piszę ją właśnie. Obecnie są już trzy opowieści. Kończę nowelę na 40 tysięcy słów. Pamiętam, że w Wyspie jest fragment, w którym Dix pyta Sunday: „- Dlaczego po prostu nie odpuścić? – Próbowaliśmy? – I co? – I wasz Szymp odciął nam powietrze”. To jest bunt. To rewolucja. Początkowo Szymp przyjaźni się z Sunday, kończy się to dość kiepsko. To w ogóle ciekawa kwestia, nie myślałem o tym właśnie. „O tak, wiedzieliśmy, że to wszystko przez Szympa”. Ale jak można to wiedzieć, skoro gdy się budzisz, to tylko na kilka tygodni na przestrzeni tysięcy lat. Szymp może być głupi, ale nigdy nie śpi. Jak można się komunikować przez taką skalę czasową, gdy coś może przejrzeć wszystko, od początku do końca, szukać każdej wskazówki, którą ominąłeś. Historia dzieje się na przestrzeni wieków, jest tam trzydzieści tysięcy ludzi, którzy próbują powstrzymać bunt. Więc właśnie to teraz piszę. Jest prawie ukończone. Moją pierwszą myślą było, by zrobić z Wyspy absolutnie zabójczą grę wideo. Pomyśl o… Pomyśl o każdej misji. W sensie poziom gry, misję. Przemierzasz kosmos. Nie masz pojęcia, jak daleko zawędrowała ludzkość przez ten czas. Więc co jest za Tobą i czy może być gorsze niż to, co na Ciebie już czeka. Czasem jedyne na co liczysz, to wybudować stację i liczyć na to, że to co pojawi się za Tobą, nie będzie gorsze niż to, co przed Tobą. Każdy poziom byłby czymś osobnym. Pomyślałem, że jednym z najlepszych pomysłów będzie to, że grasz Szympem. Ponieważ odzwierciedlałoby to limity gier wideo. Jedną z rzeczy, które najmniej działają w grach, to drzewo dialogowe. Masz te pięć, sześć opcji do wyboru dla każdej postaci i rozmowy są ograniczone. Maszyna po prostu nie jest w stanie improwizować dialogów w locie. Taka „sztuczna głupota”. Grając, miałbyś obraz całego statku, mógłbyś obserwować postacie ludzi, załogę w interakcji ze sobą. Byłoby tam miejsce na naprawdę dobre dialogi.

MT: The Sims w kosmosie?

PW: Nie, nie w tym stylu. Miałbyś „domową zimną wojnę”, pomiędzy Szympem, a załogą. Możesz kontrolować boty. Było parę starań, by spróbować to zrobić z jednym deweloperem.  Chodzi o to, że coś, co tworzy dobrą grę, niekoniecznie tworzy dobrą historię. Mam trochę taki utopijne marzenie, by wypuścić dobrą grę równocześnie z opowieściami. Więc historie mogłyby być niezłymi misjami w grze. Pomyślałem o tym, że mam tę paralelę, która w zasadzie zaczyna się od pierwszej opowieści Hot Shot, która pojawiła się kilka lat temu. Kończy się bardzo blisko Heat Death. I … jest ta ogromna, nadrzędna opowieść, która przeinacza prawa fizyki i przeznaczenie wszechświata, ale każda pojedyncza historia jest trochę samodzielna, po prostu uważałem, że to naprawdę fajny pomysł.

MT: Coś na zasadzie połączenia RPG i strategii?

PW: Tak, coś w tym stylu. Trochę współpracowałem z ludźmi, którzy zrobili Homeworld. I to było właśnie coś w tym stylu podróży, drogi poprzez Galaktykę. To była naprawdę świetna gra, ale pomyślałem, że można zrobić coś więcej z tą ideą niekończącej się podróży.

MT: Jeśli byłbyś zainteresowany strategią science-fiction, to polecam Stellaris.

PW: To gra komputerowa? Nie słyszałem o niej. Podeślij mi link.

MT: W porządku, mam piracką wersję. (jutro zgłaszamy na Policji – przyp. RK)

PW: (śmiech) Stellaris, ok. Sprawdzę.

MT: Jeśli już jesteśmy przy Wyspie, to chciałbym poruszyć kwestię tej „inteligentnej sfery Dysona”. Mam po prostu wrażenie, że lubisz sprowadzać istotę inteligencji do czegoś prymitywnego. Opisujesz np. procesy myślowe zachodzące w mózgu, jako proste procesy chemiczne.

PW: Moje formalne wykształcenie to biologia, więc nie będę mówił, że jesteśmy motywowani jakąś boską iskrą. Jesteśmy stworzeni dzięki chemicznym reakcjom i nie uciekniemy od tego. Jeśli spojrzysz na ludzkie zachowanie, na wiele, wiele sposobów zachowujemy się jak wiele innych gatunków. Używamy po prostu naszych dużych mózgów do złożonego racjonalizowania naszych zachowań, dlaczego robimy to, co robimy. Tak naprawdę robimy wszystko z takich samych powodów, co inni. Mówiąc o Wyspie, uważam, że była to całkiem ciekawa eksploracja. Ponieważ można powiedzieć, że niemal kompletną definicją życia jest to, że chcesz przetrwać kosztem innych gatunków. Życie żywi się innym życiem. Może poza jakimiś podstawowymi formami bakterii. Wszystko musi coś jeść, nawet wegetarianie jedzą rośliny, rośliny na pewno nie chcą być jedzone. To walka o ograniczone zasoby. Pomysł na żywą sferę Dysona, to całkiem nowa rzecz. Nie mogła ona wyewoluować w konwencjonalny sposób. Na szczęście, Sunday z opowiadania nie jest biologiem, więc może to dla niej pozostać tajemnicą. Nie wiem jak coś takiego mogłoby wyewoluować, ale podoba mi się pomysł, że mogłoby być niemal planetą, że mogłoby być miejscem powstania życia. Jest mnóstwo koncepcji na życie, związanych po prostu z planetami. Wiesz, przynajmniej w komosie nie musisz się martwić o to, że spadniesz, że o coś się rozbijesz. Ta historia nie była… jej fundamentalnym założeniem nie było wyjaśnienie obcego życia. Wiesz, wszyscy pisarze science-fiction, którzy nie potrafią ruszyć dupskiem i wymyślić czegoś poza „Tak, przenieśliśmy się w tę część Galaktyki i mój boże, znaleźliśmy całą sieć hiperprzestrzenną, zostawioną przez jakąś starożytną rasę. Nie musimy nic budować, wystarczy, że skorzystamy z tej autostrady”. Chociaż lubię się bawić obcym życiem, ta sfera Dysona jest akurat fascynująca. Nie wiem, jakby to miało powstać, ani jak by działało, ale jak raz na to spojrzysz, to ciężko oderwać oczy.

MT: Kolejna obserwacja. Mam wrażenie, że wszystko u Ciebie jest fraktalne. Wszystko można sprowadzić do tego samego wzorca. No, może prócz fizyki kwantowej.

PW: Napisałem opowiadanie „Fraktale”. To było o pewnej skali ludzkiej agresji. I na swój sposób było to wyjaśnienie rasizmu. Geometria fraktalna na pewno jest bardzo kompleksowym rozwiązaniem. Możesz budować struktury za pomocą prostych zasad i gdybym to ja miał zaprojektować Wszechświat, to uważałbym budowanie go z fraktali za świetny sposób na zaoszczędzenie czasu. Mimo, że to naprawdę świetny model, to nie wiem, czy rzeczywistość jest zbudowana w taki sposób. Nie sądzę, że to jest temat moich prac. Nie uważam, że mówię „eksplorujmy skalę i zobaczmy dokąd dojdziemy”. Jestem redukcjonistą. Ale nie oznacza to wiary w „fraktalność Wszechświata”. Kompleksowe struktury są efektem prostszych zasad, ale to nie esencja Fraktali.

MT: Ale zauważ, że gdy spojrzymy na mapę obserwowalnego Wszechświata, to bardzo przypomina ona mapę połączeń, synaps…

PW: W mózgu. Tak, nie zaprzeczam temu oczywiście, po prostu o tym nie piszę. Po prostu chciałem się pobawić zejściem skali w dół dla drapieżnika, bo nieważne jak zmniejszy się skalę, to zawsze znajdzie on coś do jedzenia. Jest oczywiście mnóstwo świetnych rzeczy na świecie, o których jeszcze nie pisałem. To po prostu świetny aspekt natury.

MT: Nie przygotowałem wcześniej żadnych pytań…

PW: (śmiech)

MT: I idę z prądem. Nawiązując jeszcze do Fraktali. Mamy w Polsce bardzo homogeniczne społeczeństwo. 95% społeczeństwa jest białych, to katolicy, ogólnie „dumni Polacy”. Nienawiści do obcych jest u nas mnóstwo. Jak to widzisz, potrzebujemy jako ludzkość wspólnego wroga?

PW: Myślę, że to bardzo słuszna uwaga. Tego typu rzeczy narastają. Rasizm narasta. Nie sądzę, że ludzie nagle stali się mniej tolerancyjni. Wiesz, wcześniej łapaliśmy niewolników, potem mieliśmy Oświecenie i liberalizm. To, co się ostatnio dzieje to to, że każdy patrzy na siebie. Mamy wzrost imigracji, wzrost uchodźców. Świat stał się mniejszy, kultury wpadają na siebie, aż w takiej skali nie spotkało nas to wcześniej. Nie staliśmy się mniej tolerancyjni, ludzie zawsze tacy byli. Jesteśmy tak samo nietolerancyjni jak ludzie w 1920 roku. Mamy przed sobą strach przed utratą przestrzeni.

MT: Czyli czysta biologia, dobór krewniaczy?

PW: Tak, chronisz swoje gniazdo przeciwko reszcie swojej grupy, chronisz swoją grupę przeciwko swojemu narodowi, naród przeciwko wszystkim innym. Czytaliście Fraktale? Właśnie, jest tam pewna wyspa, o której tam wspominam, ona istnieje naprawdę. Sama wyspa ma trzydzieści mil długości, a ludzie z północy wyspy nienawidzą tych, z południa. Jedyną rzeczą jaka ich różni to to, że jedni łowią śledzie, a drudzy homary. Co za głupota. Ale skoro to jedyna różnica, to musi to być różnica, która ma znaczenie. Może uważacie się za homogeniczne społeczeństwo, ale jest mnóstwo przypadków, gdy państwo nie zawsze jest ok w stosunku do ludzi niewierzących itp. Nawet, jeśli jesteście homogeniczni, zawsze znajdą się rzeczy, które trzeba nienawidzić.

Dance, dance, dance, dance to the radio.

 

Peter Watts, ur. 1958, kanadyjski pisarz science-fiction. Jego pierwszą powieścią była Rozgwiazda z 1999 roku. Wcześniej publikował liczne opowiadania, jednak najbardziej znany ze Ślepowidzenia (2006). Za opowiadanie Wyspa otrzymał nagrodę Hugo w 2010. Z racji wykształcenia – biolog morski – często w swoich książkach porusza kwestie inteligencji, życia i świadomości. Bardzo przywiązuje uwagę do detali naukowych. Pomimo swego wesołego usposobienia – autor dość mocno posępnych książek. Panuje w nich niesamowity mrok, a cisza i pustka, która czai się za miejscem akcji Ślepowidzenia czy Echopraksji porównywalna jest do tej wykreowanej przez Arthura C. Clarke’a.