Edu-Sci-Fi: De philosophiae naturalis principia mathematica

Nie mogę powiedzieć, że widziałem Londyn, nigdy nie byłem we Francji i nigdy nie widziałem cholernej królowej w jej majtach. Ale powiem Ci coś… Po przeczytaniu tylu książek, mogę opowiedzieć Ci historię, którą chcę trochę rozwinąć. Historię bardziej niezwykłą niż te, o których słyszy się w innych miejscach. Mogę umrzeć z uśmiechem na twarzy nie czująć, że dobry Bóg mnie okantował. Miało to miejsce pod koniec siedemnastego wieku, w czasach polowań na czarownice w Salem, czy wojen palatynackich. Wspominam o tym, bo czasami jest człowiek… Nie będę mówił „bohater”, bo kimże jest bohater? Czasami jest więc człowiek, a mówię tutaj o Newtonie, który jest człowiekiem swoich czasów. On tam pasuje. I jest nim właśnie Newton. W Anglii. I może być to nawet największy bystrzacha w całej Anglii, a to akurat do niego pasuje. Największy bystrzacha w całej Anglii, który może predendować do tytułu Największego Bystrzachy na Świecie. Czasami jest człowiek… Czasami jest człowiek. Ach, zgubiłem moją myśl. Ale… Cholera z tym. Przedstawiłem go wystarczająco.

Podejście południowo-wschodnią granią nie było proste nawet wiosną. Już pierwszy obóz, przy Tal des Schweigens był próbą charakteru i siły fizycznej. Kilkudniowe oczekiwanie na dobrą pogodę wydawało się być bardziej męczące, niż samo podejście. Szczyt XV był wyzwaniem nawet dla najsilniejszych, nie mówiąc już o Johnie. Pokonując ostatnie metry, opierając stopy i dłonie na ostatnich występach skalnych, klnął siarczyście poprawiając swoją perukę. Ostatnie dekady spędzał w Cambridge, nocami obserwując komety i prowadząc obliczenia. Wolałby już obliczać trajektorie dla tego natręta Halley’a, niż marznąć na końcu świata. W dodatku samo obserwatorium w Cambridge pozostało bez opieki. John oczami wyobraźni wyobrażał sobie przebiegłego Leibniza, brodatego, o wyraźnie koźlej twarzy, który pod taką postacią Bafometa włamuje się do niego, kradnąc co bardziej interesujące pisma. Cóż, Isaac w swoim liście brzmiał jednak naprawdę przekonująco. „To będzie jeden z najwspanialszych eskperymentów w dziejach” – pisał w liście do Johna. Gdy wychylił głowę spoglądając na szczyt, jego oczom ukazał się widok tak niezwykły, że z trudem utrzymał równowagę.

Na samym szczycie krzątały się dziesiątki osób. Większość z nich nosiła mundury, a John od razu rozpoznał wśród nich dragonów i artylerzystów. Asystowała im grupa wynędzniałych szerpów, którzy kłaniając się nisko przebiegali po dziwnych trajektoriach, zanosząc jedzenie i informacje. John wraz z Edmondem byli o krok od rozwiązania problemu trajektorii komet, jednak szerpowie poruszali się po drogach, które nie przystawały w żaden sposób do jakiejkolwiek znanej formy ruchu. Lodowaty wiatr zdawał się doskwierać wszystkim, co kilka metrów stały małe koksowniki, przy których rozgrzewali dłonie żołnierze. W centralnym punkcie całego zamieszania stało działo oblężnicze, na oko ważące ponad trzy tysiące funtów i używające kul ważacych około trzydziestu. Właśnie czyściło je czterech artylerzystów w niebieskich mundurach.

– John, nasz drogi John nareszcie przybył! – Flamsteed spojrzał w prawo, by zlokalizować źródło głosu. Był nim Newton, który szedł już w jego kierunku w towarzystwie lokaja. Ten pyszałkowaty purytanin, który na studiach był ledwie sizarem, zabrał ze sobą lokaja. Załamany Flamsteed otrzepał ubranie ze śniegu i ledwie zdobył się na wyciągnięcie dłoni. Newton ciągnął dalej.

– Czekaliśmy na Ciebie drogi Johnie, musisz koniecznie zobaczyć nasz eksperyment, to będzie prawdziwa bomba! To znaczy kula armatnia wystrzelona z lufy, ale wiesz o co chodzi… W każdym razie, czytałeś może moje Philosophiae Naturalis Principia Mathematica?

– Jeszcze nie, obecnie robię sobie powtorkę z Mauerquadrant Brahego.

– Ach, to. Chyba mam gdzieś to w ebooku. Recenzja Principiów ma być w weekend na Pulsie, zajrzyj sobie. W każdym razie, na szóstej stronicy opisałem eksperyment myślowy. Według mojej teorii kula wystrzelona z odpowiednio dużej góry, pod odpowiednim kątem, a przede wszystkim z odpowiednio dużą prędkością zostanie w końcu satelitą Ziemi. Czy to nie cudowne? Dzięki wspaniałomyślności naszej Wysokości Jakuba II z Bożej Łaski Króla Anglii, Szkocji, Francji i Irlandii, Obrońcy Wiary i miłośnika Sztuki, możemy to wcielić w życie! – Newton radośnie klasnął kilka razy w dłonie, wzbudzając dziwne spojrzenie nawet u swojego lokaja. – Właściwie wszystko już gotowe, pora wykonać pierwszą próbę! – Prowadząc swojego gościa ku armacie, podskakiwał to na jednej nodze, to na drugiej, niczym dziecko jedzące lukrecje. Flamsteed zastanawiał się, czy czasem szpikulec, który Newton wkładał sobie w oczodół badając za młodu optykę oka, nie dosięgł jego mózgu, trwale go uszkadzając.

– Isaacu, wszyscy cenimy Twój umysł, mimo, iż jest trochę za bardzo purytański. Czy tym razem jednak nie uważasz, że nie posuwasz się za daleko? Przesadziłeś zresztą już dawno, tym razem to już naprawdę „przeginka”, jak to mawiają bywalcy klubów dżentelmena w Pall Mall.

– Nie martw się o nic. Jesteśmy gotowi na każdą ewentualność, a moje obliczenia są bardzo dokładne. – w tym momencie Flamsteed zauważył w tylnej kieszeni Newtona list żelazny, wystawiony przez Jakuba II. Jak można było się domyśleć, byli przygotowani także na totalne niepowodzenie, czy wręcz nawet katastrofę. – Mount Everest jest idealnym miejscem, by udowodnić moją teorię

– Jaki Mount Everest? Przecież to Szczyt XV, ewentualnie zwany przez miejscowych Czomolungmą, czy coś równie pogańsko brzmiącego.

– Tak powiedziałem? Wybacz, mój język jest twardy jak kołek od tego mrozu – Newton zaśmiał się zakłopotany i kontynuował tłumaczenie ekspetymentu. – Wystrzelimy dwa razy z działa. Pierwsze z nich bardziej dla samego testu, tak żeby zobaczyć co i jak, no nie? Drugie wystrzelimy z prędkością prawie ośmiu kilometrów na sekundę, co pozwoli kuli zostać satelitą Ziemi. No ale dobrze, bo przedłużamy niepotrzebnie.

Podeszli do działa, które czekało już naładowane. Artylerzyści stąpali z nogi na nogę, bardziej z powodu mrozu, niż zniecierpliwienia.

– Odłamkowym ładuj, cel, pal! – wykrzyknął Newton, zasłonił sobie uszy i szepnął porozumiewawczo Flamsteedowi – Zawsze chciałem to zrobić. My, miłośnicy Sztuki Naturalnej nie mamy okazji, by…

Działo wystrzeliło z wielkim hukiem, zagłuszając jego dalsze słowa i cofnęło się siłą odrzutu o kilka metrów. Zabezpieczenie działa na śniegu było jednak znacznie trudniejsze, niż na twardym gruncie.Flamsteed spojrzał po towarzyszach Newtona. Każdy z nich spoglądał z zakłopotaną miną w inną stronę, lokaj ciężko wzdychał, a artylerzyści zgarniali śnieg butami, próbując ułożyć z niego jak największy kopczyk. Isaac oddalił się od Johna i zaczął dyktować coś dwóm rachmistrzwom. Na chwilę odwrócił się ku niemu, zalecił mu znalezienie sobie zajęcia na dłuższą chwilę i zaczął z prowadzić z nimi obliczenia. Lekko zniesmaczony Flamsteed podszedł do północnej krawędzi szczytu. Rozpościerał się przed nim cały Tybet. Horyzont był oddalony o chyba sto kilometrów. Miał wrażenie, jakby spoglądał na wielką panoramę Londynu, bądź Hanoweru. Chyba o to chodziło twórcom takich planów, na jednej płaszczyźnie chcieli oni ując całe miasto, pod każdym kątem i w każdy możliwy sposób. Tybet wyglądał właśnie trochę jak Londyn z Tower.

John przypomniał sobie wtedy o binoklu powiększajacym, prototypie przyrządu optycznego skontruowanego przez Leeuwenhoeka. Wyjął go i przyłozył do oczu. Spojrzał w stronę Lhasy, która przez przyrząd ukazała mu się jako spora, kolorowa i wibrująca życiem kropka. Odsunął binokl od oczu, szukając następnego punktu do obserwacji, gdy kilkadziesiąt metrów od niego, za śnieżnobiałą granią zauważył ruch. Człekopodobna postać miała na oko dwa metry wzrostu, była w dodatku całkowicie porośnięta brunatnym futrem. John zaczął ją obserwować przez binokl, nim zniknęła za skałą. W ostatniej chwili postać zatrzymała się podnosząc rękę i pokazujac mu środkowy palec. Jako astronom nie miał szerszego pojęcia o biologii, jednak wiedział, że miał do czynienia z nieznaną formą życia. Czy byli to biblijni giganci, których ostatnie grupy przetrwały w Himalajach? Wielkie inteligentne małpy, żyjące w jaskiniach? Czy może duch Cromwella, jako zapowiedź nadchodzącego nieszczęścia? Otwierał usta, by zawołać Newtona, gdy ten uprzedził go, przywołując machaniem dłoni.

– Johnie, pozwól do nas! Właśnie wrócił herold z listem.

Zanim zdążył podejść, Isaac rzucił otwarty już list na śnieg i zaaferowany zaczął dyrygować kolejnym ładowaniem działa. Flamsteed podniósł list i otrzepał go ze śniegu. Zerwana czerwona pieczęć ozdobiona była kaligraficznym arabskim pismem. Sam list napisany był po angielsku, a wynikało z niego, że Akerman został doszczętnie zniszczony przez kulę Newtona. Gdyby tego było mało, na końcu znajdowała się mała nota dyplomatyczna, która mówiła o tym, że Francja, Anglia i Rzplita Obojga Narodów mobilizują wojska. Niezły kocioł. W dodatku na wskroś bałkański. Całość była podpisana imieniem Suleimana II, sułtana Imperium Osmańskiego i oznaczona jego tughrą. W tym momencie Flamsteed poczuł, jak osuwają się pod nim nogi. Klęcząc na śniegu darł się w stronę Newtona.

– Idioto! Purytański głupcze, dlaczego nie odpłynąłeś do Massachusets, jak Twoi co przyzwoitsi ziomkowie, a zatruwasz całą Anglię, ba! W tym momencie całą Europę swoimi bzdurami! Czy zdajesz sobie sprawę z tego, co zrobiłeś?

– Dowodzę słuszności moich obliczeń – Newton spoglądał szeroko otwartymi oczami, jakby właśnie tłumaczył komuś, że Słońce świeci w dzień. – Wszystko będzie dobrze, jesteśmy ubezpieczeni.

Siedzący na śniegu załamany Flamsteed nie zwracał uwagi na przygotowania do kolejnego wystrzału. Dla zajęcia czymś umysłu rysował na nim kolejne rozwiązanie ruchu komet, dodając do niego rachunek różniczkowy w wersji Newtona. Obejrzał się w jego stronę na myśl o nim, a Isaac prowadził właśnie kolejne obliczenia po wystrzale. Newton chyba poczuł jego wzrok na sobie, bo uśmiechnął się do niego i pokazał kciuk w geście, że wszystko jest jak najbardziej w porządku. Gdy Akerman stoi w ogniu, a całe Bałkany siedzą na beczce prochu, takie zachowanie jest co najmniej nie na miejscu. O tym właśnie myślał, gdy Isaac krzyknął w jego stronę.

– Dziewięćdziesiąt minut, przyjacielu!

– Chyba do końca naszego życia. Turcy zaraz przejadą przez pół Azji, a każdy janczar marzy o tym, by siekać na odlew Twoje ciało. – mówił jednak pod nosem, bardziej do siebie, niż po to, by usłyszał go Isaac. Pierwsze zamarznietę sople wisiały mu pod nosem, a oczami wyobraźni widział, jak jakiś dej, najpewniej pochodzący z Bałkanów właśnie, kindźałem podcina mu gardło, a jego ostatnim widokiem jest gorąca krew zalewająca biały śnieg. Musiał tak siedzieć bardzo długo, bo poczuł na ramieniu dłoń i usłyszał głos Isaaca.

– Minuta. Spójrz w górę.

Flamsteed z trudem uruchomił zmarznięte mięśnie karku i zadarł głowę w górę. Przez dłuższy czas widział tylko krystalicznie czyste niebo. Przeszło mu przez myśl, że byłoby to znakomite miejsce na urządzenie nowego obserwatorium. Już układał w myślach list z prośbą do Jakuba II o ufundowanie go, gdy na skraju jego pola widzenia pojawił się czarny punkt, poruszający się ze wschodu na zachód. Kula Newtona. Skubaniec miał jednak rację. Nagle cały świat przechylił się na bok, robiąc mały piruet. Przez chwilę widział jeszcze rozpromienioną twarz Newtona, po czym zemdlał upadając na miękki śnieg.

Tak, zmyśliłem to. Wszyscy czasem zmyślamy, niekiedy zwyczajnie komuś wciskając bajki, czasem by tego kogoś zainteresować. To nic strasznego, przynajmniej w tym drugim przypadku. Siedzenie przy barze pobudza wyobraźnię. Eksperyment z kulą armatnią faktycznie pojawił się w dziele Newtona. Angielscy artylerzyści chyba faktycznie nosili wtedy niebieskie mundury, a Flamsteed pomagał Halleyowi w obliczaniu orbit komet. Reszta to kiepska fabuła, która wykluła się z mojej głowy po kolejnej tequilli. Wiesz, Koleś, jesteś pierwszą osobą od lat, która wysłuchała tej historii do końca. A to dopiero wstęp do czegoś znacznie większego. Do opowieści o człowieku, o którym Lagrange powiedział, że to największy śmiertelnik w historii, ponieważ potrafił sam ogarnąć system świata. Ach, no i oczywiście o tym, dlaczego jesteś w stanie siedzieć ze mną przy tym barze.

Jeszcze jednego Białego Rosjanina? Ja stawiam.

Ilustracja eksperymentu Newtona z kulą armatnią (źródło: askamathematician.com)

Cambridge, pierwszy kwartał 1686 r.

– Całe przedsięwzięcie, cały mój dorobek będzie niczym głowa Monmoutha, a całe Towarzystwo będzie jak tłuszcza, która z dziwną satysfakcją oglądała, jak spadała do kosza.

Newton, siedząc ze zwieszoną głową, spoglądał na posadzkę, na której leżały rozrzucone kartki zapełnione notatkami, kartezjańskimi wykresami i ich zniszczonymi pierwowzorami. Leżaca na stole peruka przypominała kłębek pożółkłej wełny świeżo ściętej z kozy. Jego siwe już włosy przyklejone były do skroni, oczy wpatrzone w jego własną Przestrzeń Absolutną. Eterem jego przestrzeni było kilka książek, które stały na małej półce. Clavis Mathematicae, La Géométrie, Wędrówka Pielgrzyma, Algebra, Tabulae Rudoplhinae, Sceptyczny Chemik. Okna gabinetu Newtona wychodziły na mały, południowy dziedziniec. Ściany, pokryte w ciągu lata i wiosny zielonym bluszczem, były obecnie rusztowaniem dla brązowych gałązek których awangarda zachodziła na okno. Po prawej od okna, na ścianie budynku, znajdował się mały zegar słoneczny, kopia tego, który Newton wykonal w młodości na ścianie domu Woolsthorpe Manor. Zimowe światło południa wpadało przez okno, wyostrzając rysy twarzy Newtona. Jego zwieszona głowa, nieobecny wzrok i niemal renesansowa kompozycja gabinetu, upodabniały go do pobitego w bitwie generała. Całości tej sceny dopełniała postać w wysokiej peruce, takiej, jakie niedawno pojawiły się na salonach Paryża i Londynu. Obserwowała ona Newtona stojąc poza klinem światła, patrząc przejętym wzrokiem, szukając odpowiednich słów.

– Hooke planuje co prawda zdusić Twoją pracę w zarodku, dobrze jednak wiesz, że masz moje pełne wsparcie. Duchowe i finansowe. Wren także Ci sprzyja, jak również niemała część Towarzystwa. – Edmond Halley ostroźnie zrobił krok naprzód, przechodząc z cienia ku światłu. Newton nie zwrócił na niego uwagi. Mimowolnie wziął kartkę papieru, na której zaczął kreślić kartezjańską oś współrzędnych. Slabym głosem mówił coś o odwzorowaniu Mercatora i o najdoskonalszym odwzorowaniu płaszczyzny. Wpatrywał sie w dłuższą chwilę w oś, na dwie przecinające się linie i puste kwadranty. Postawił dwa punkty. Pierwszy na prawym skraju pierwszego kwadrantu, drugi po przeciwnej stronie, w kwadrancie trzecim. Po dodaniu współrzędnych na osi, Newton oglądał kartkę dłuższą chwilę, powoli poruszając ustami. Halley stał zakłopotany. Nie wiedział, czy spodziewać się po nim wybuchu złości, czy małego załamania nerwowego. Obie możliwości były równie prawdopodobne. Obie były jak punkty na osi. Położone w skrajnych punktach, lecz równoważne, równie realne. Układ limbiczny Newtona musiał przechodzić w tej chwili wojnę domową, a Karol I dostawał właśnie wciry od Cromwella.

– Niech będzie, że jestem tym punktem w pierwszym kwadrancie – Newton odezwał się w końcu, dzięki czemu uspokoił trochę Halleya. Skoro mówi rzeczowo i spokojnie, znaczy, że nie jest z nim źle. – Hooke niech będzie punktem w kwadrancie trzecim. Jesteśmy w skrajnych punktach układu. To nas definiuje, cała niezmienna przestrzeń definiuje gdzie jesteśmy i kim jesteśmy.

Mówiąc te słowa obliczał on odległość między punktami dodając do siebie kwadraty sum rzędnych i odciętych i wyprowadzając z nich pierwiastek. Wynik 28,284 podwójnie podkreślił. Halley stał spokojnie, dobrze wiedział, do czego to zmierza.

– Hooke nie może stanowić problemu. Nie zapominaj, że już kiedyś straciłeś przez niego dziesięć lat, nie publikowałeś żadnych prac. Isaaku, nie jesteście punktami na osi współrzędnych, a tenże wzór nie wyznacza dystansu, jaki was dzieli. Musisz po prostu w to uwierzyć. Bądź dokonać swoistej… kontrakcji? Oboje jesteście w centrach swoich układów własnych, które są z wami związane. Czy koło młynu napędzanego przez nurt Cam jest częścią tego samego układu, co koło stojące okrakiem nad Tamar?

Newton wstał z krzesła i podszedł do okna. Spoglądał na dziedziniec. Halley nie widział wyrazu jego twarzy, wiedział jednak, że jego pytanie zmusiło go do intensywnego myślenia. Przez minutę stał wpatrzony w śnieg, który zaczął właśnie padać.

– Tak, długie słowa. Doskonałe słowa. Słyszę je teraz. Edmondzie, dokąd spływają zarówno Cam, jak i Tamar? No dobrze, wiadomo, że Cam spływa do Great Ouse, a ona do The Wash. Ale gdzie jest koniec każdej kropli wody w rzece, czy to w Europie, Berberii, czy w Lewancie? W morzu! To jeden wielki system naczyń połączonych, jedna wielka przestrzeń. Dopiero jej wewnętrzna rzeczywistość pomaga nam odróżnić koło młyńkie nad Cam, od koła nad Tamar. Powiedz proszę, Edmondzie, jaki jest Twój znak zodiaku?

– Skorpion. Urodziłem się w listopadzie, wiesz dobrze. – Halley był co prawda skonfudowany, nie dał jednak tego po sobie poznać, pozwalająć Newtonowi przejąć inicjatywe.

– A mój to Lewiatan. – Newton odwrócił się od okna i pewnie spoglądał na Halleya. Przestał przypominać wyzutego z nadzieji Newtona. Stał się znowu Newtonem pewnie stąpającym po ziemi, ustępującym mądrością jedynie królowi Salomonowi.

– Pewnie powiesz, że taki znak zodiaku w ogóle nie istnieje. Będziesz miał całkowitą rację, jednakowoż Skorpion jako znak zodiaku także nie istnieje. To tylko kwestia umowy, tradycji, symbolu. Tak samo, jak peso i livre pozwalają płacić za towary za pomocą pewnej umowy społecznej, bo wszyscy wierzą w moc tych pieniędzy, tak samo nazwa znaku zodiaku jest kwestią umowy. Jedyną rzeczą pewną na tym świecie, jest właśnie Przestrzeń. Absolutna. Niezmienna, stała, boska. – Newton podszedł do półki i wziął z niej dwa małe pryzmaty, identyczne w kształcie i rozmiarze. Postawił je w zaciemionym kącie stołu, kilka centrymetrów od siebie. Spojrzał pytająco na Halleya, ten jednak nic z tego nie rozumiał. – Co różni te dwa pryzmaty? W zasadzie nic. Ich skład jest identyczny, rozmiary i kształty także. Dlaczego więc oboje potrafimy odróżnić dwa identyczne obiekty? To właśnie wewnętrzna własność przestrzeni nam na to pozwala. Czas płynie dla nas tak samo, jesteśmy także w tej samej boskiej przestrzeni. Dlatego też wraz z Hookiem jesteśmy częścią tego samego boskiego planu, niezaleźnie od miejsca. Im dalej jednak jesteśmy, tym słabiej się wzajemnie przyciągamy. Ciężko jednak dwóm wielkim żyć bez siebie. Alter alterum docet – Newton zwiesił głowę, ostatnie słowa wypowiadając słabnącym głosem. Przeszedł kilka kroków i opadł ciężko na krzesło. Przez chwilę nie wyglądał jak pokonany generał, wyglądał teraz jak generał, którego oddziały zostały zdziesiątkowane podczas strategicznego odwrotu. Halley spoglądał na pryzmaty, dwa identyczne pod każdym względem przedmioty, umiejscowione w tej samej nieinercyjnej przestrzeni, w tym samym czasie. Były jednak rozróżnialne. Absolutny, boski czas upływał. W identyczny sposób zarówno w Cambridge, Damaszku, Wiedniu, Nowym Orleanie, czy w jakimkolwiek miejscu we Wszechświecie.

– Napisanie tej książki, spisanie zasad Wszechświata, będzie dotknięciem boskości. – Isaac mówił prawie szeptem, z twarzą schowaną w dłoni opartej o stół – Sam zadaję sobie pytanie, czy po prostu mogę. Od lat chciałem odnaleźć jakiś system, jakiś Plan. Musi on przecież istnieć, Bóg w swojej mądrości nie mógł kierować się chaosem. Spójrz na to, że stworzył On Świat w sześć dni. Każdego dnia powstawał jeden element, perfekcyjny element. Tu nie ma miejsca na Demiurga, to nie mariaż pierwiastków męskich i żeńskich. Wszystko powstało od razu takie, jakie miało być. Bez rozlewu krwi, bitwy bóstw na firnamencie, bez porywania księżniczek i tak dalej. No i oto mamy nasz świat, jedyny jaki mamy, jedyny dla nas wszystkich, wszyscy żyjemy na tej samej skale, no i nigdy lepszych warunków dla nas nie znajdziemy, moze nigdy nie zrozumiemy wszystkiego, może nie mamy prawa, może istnieje pewna linia, za która jest już tylko Niezrozumiałe. Może nie powinniśmy, może gdybyśmy mieli dostąpić łaski Poznania, nie byłoby wypędzenia z Raju. Nawet planety krążące po swoich orbitach, których to prawa zapewne niedługo odkryjemy, muszą poruszać się dzięki Jego interwencji.

– Isaacu… – Halley niejednokrotnie był świadkiem przedziwnych zwrotów w umyśle Newtona. Było powszechnie znane, że jest to człowiek trudny. Niejednokrotnie zdażało się, że wstawał podczas rozmów, wylewał z siebie potok słów, gestykulując energicznie, po czym opadał ciężko na krześle sprawiając wrażenie bliskiego płaczu. Nie jest to wcale przesadą, niektórzy bowiem powiadają, że widzieli Newtona skulonego na podłodze, trzesącego się ze strachu, bądź załamanego jakąś myślą. – Nequaquan vacuum. Pamiętaj. Pustka nie ma wręcz prawa istnieć. Co stanie się, gdy wypełnisz naczynie do pełna wodą, szczelnie je zamkniesz i wywiercisz od spodu otwór? Woda pozostanie w naczyniu dopóki, dopóty nie otworzysz wieka. Inaczej w owym naczyniu powstała by próźnia, której natura przecież nie znosi. Może inaczej. W mojej rodzinie, jeszcze gdy byłem chłopcem, mieliśmy pomoc domową. Była to bardzo sympatyczna Irlandka, której mąż ku swojej zgubie sympatyzował z Cromwellem. Była piśmienna i wierna Kościołowi Irlandii. My, dzieci, traktowaliśmy ją jak ciotkę, a dorośli jak skarbnicę wiedzy, przepisów i ludowych mądrości. Nie byliśmy aż tak ekstrawaganccy, czy nawet okropni jak Pepys, który ponoć ubierał tego chłopca w liberię. Miała na imię Cara i było to najbardziej pasujące do człowieka imię, z jakim się spotkałem. Potrafiła ona przygotować najlepszy pasztet z zająca, jaki tylko możesz sobie wyobrazić. Cały dom wypełniał się jego zapachem, a czekanie, aż będzie gotowy było jak oczekiwanie na spełnienie najskrytszego marzenia. Za każdym razem tak samo intensywne. Jako, że była piśmienna, wszelakie swoje przepisy przechowywała w szafce w kuchni, spisane na kilkunastu stonicach. Biedaczka jednak zmarła, gdy miałem piętnaście lat. Wszystkie jej przepisy nadal używane są w moim domu. Z jednym wyjątkiem, z wyjątkiem właśnie przepisu na pasztet. Zabrała go ze sobą do grobu, tworząc wspaniałą legendę. Legendy mają jednak to do siebie, że z czasem stają się coraz piękniejsze, ale też coraz bardziej odbiegają od prawdy. Jako człowiek wierny Sztuce, jako Członek Towarzystwa nie przetrwasz w pamięci ludzi za długo, gdy opierać będą się na przekazach. Coraz bardziej ubarwianych i przez niektórych…”ulepszanych”. Twoją żywotną powinnością jest wydać Principia. Nie bądź… pasztetem Isaacu, jakkolwiek dziwnie ta metafora by nie brzmiała. Badź Hiramem i zbuduj świątynię dla Boga. Zróbmy więc tak. Zaznaczam z góry, że nie znoszę sprzeciwu. Jestem w trakcie korespondencji z Samuelem Pepysem. Mogę Ci między nami wyjawić, że da on imprimatur dla Twoich Principiów. Istnieje także problem w postaci De Historia piscium, które właśnie kończy Willughby. Zapowiada się z tego marna rzecz. Niektóre londyńskie pamflety, które krążą w drugim obiegu mają więcej treści, klasy, czy nawet po prostu sensu. Towarzystwo nie ma już pieniędzy, by wydać znacznie poważną rzecz. Wyłożę więć pieniądze na wydanie Principiów.

Newton wydawał się zaciekawiony. Przejrzał wzrokiem półkę z książkami, pogładził dłonią leżącą na stole perukę. Spojrzał na Halleya i ledwie zauważalnie skinął głową. Halley jednak nie dał mu rozpocząć nawet zdania.

– Nie pytaj o finanse. Dla mnie te kilkanaście funtów nie jest problemem. Tym bardziej, że posiadam obecnie małą nadwyżkę. Otóż, jak pewnie wiesz, Irlandczykom zabronione jest sprzedawać wełnę bezpośrednio do Europy. Wszedłem w małą spółkę z antwerpskim kupcem, jest to hiszpański Żyd, który świetnie orientuje się w tym gąszczu marszandów wszelakich narodowości, w świecie kredytów i weksli. Prowadzi on także małe banca.

Newton wzrok miał nieobecny. Po raz kolejny jego Przestrzeń Absolutna wypełniała całą jego rzeczywistość. Wstał powoli. Wręcz dostojnie. Założył perukę, poprawił ją starannie i odszedł od stołu. Spojrzał przelotnie na Halleya. Było to spojrzenie przepełnione sympatią na tyle, na ile było go na nią stać. Podszedł do oknca i wpatrywał się w padający nieustannie śnieg.

– Tak. Padający śnieg. Doskonały śnieg. Patrz, jak pada.

Nie wiem jak Ty Koleś, ale ja znajduję w tym pewne ukojenie. To dobrze jest wiedzieć, że ktoś taki w ogóle żył. Sądzę, że w ten sposób cała ta ludzka komedia napędza samą siebie.

Powiedz, przyjacielu, czy masz jeszcze trochę tej świetnej sarsaparilli?

King’s College pod koniec XVII wieku (źródło: debtonation.org)

Komentarze wyłączone.