Człowiek, który sprzedał Księżyc

Post przygotowany we współpracy z Wydawnictwem Bez Fikcji.

W pewien czwartkowy wieczór marca 1952 roku widzowie programu Camel News Caravan emitowanego przez stację NBC poznali człowieka, który w najbliższych latach miał zyskać sławę bohatera narodowego, wprowadzić Amerykę w erę kosmiczną i stać się najlepiej rozpoznawanym naukowcem w swej nowej, przybranej ojczyźnie. To, że ledwie dekadę wcześniej Wernher von Braun kierował ambitnym programem zbrojeniowym Hitlera, jest jednym z najdziwniejszych i nieco ironicznym kaprysem historii XX wieku.

Związki von Brauna z III Rzeszą nie zostały oczywiście wspomniane w czasie jego wieczornego debiutu w państwowej telewizji. Przystojny 40-latek w skrojonym na miarę dwurzędowym garniturze mógłby z wyglądu uchodzić za walczącego o sprawiedliwość prokuratora w hollywoodzkim czarnym kryminale, jednak żaden prokurator nigdy nie przemawiał z ekranu z tak wyraźnym niemieckim akcentem i nie przedstawiał tak wymyślnych rekwizytów, jak von Braun. Widzowie usłyszeli, że są to modele pojazdów kosmicznych, które za kilka lat wyniosą człowieka w przestrzeń oraz położą kres zagrożeniu ze strony państw zza żelaznej kurtyny na całym świecie. Telewizyjne wystąpienie von Brauna miało rozpocząć ogólnonarodową kampanię, reklamującą magazyn „Collier’s”, a szczególnie jego najnowszy numer, którego okładka głosiła: „Człowiek wkrótce podbije przestrzeń kosmiczną!”.

Wiosną 1952 roku telewizor znajdował się w co trzecim amerykańskim domu; dwa lata wcześniej liczba ta była dwukrotnie niższa. Pierwsi użytkownicy nowego medium należeli głównie do wyższych warstw klasy średniej, mieszkających w pobliżu miast, gdzie mieściły się stacje telewizyjne. Dla większości tych widzów kosmiczne pojazdy von Brauna nie stanowiły nowości. O zawładnięcie wyobraźnią młodej widowni z telewizyjnymi westernami walczyły już seriale przygodowe w rodzaju Tom Corbett, Space Cadet czy Captain Video. Występ von Brauna był jednak przeznaczony dla rodziców: wielu z nich było weteranami wojny, którzy zaczynali dostrzegać nową pozycję USA, widząc w nich globalne supermocarstwo gospodarcze i militarne. Wstępniak nowego numeru „Collier’s”przekazywał zimnowojenne ostrzeżenie: jeśli Stany nie zdobędą dominacji w kosmosie, stracą przewagę na rzecz ZSRR. W przestrzeni kosmicznej leżało nie tylko przeznaczenie Ameryki – bezpieczeństwo narodowe wymagało wiedzy naukowej oraz technicznej, by się tam dostać.

Czytelnikom magazynu zaprezentowano von Brauna jako dyrektora technicznego Grupy Rozwoju Pocisków Kierowanych Wydziału Uzbrojenia Armii: „Ten 40-latek jest uważany za najlepszego na świecie inżyniera rakietowego. W 1945 roku został sprowadzony przez rząd z Niemiec”. Dalsze szczegóły wojennej pracy von Brauna starannie przemilczano. Fotografia ukazywała go u szczytu stołu, obok pierwszego mentora w dziedzinie rakiet, Willy’ego Leya. Wkrótce po przybyciu do Stanów zespołu z Peenemünde Ley ostrzegał znajomych przed uwodzicielską charyzmą von Brauna. Na początku lat 50. urok Niemca, jego zmysł polityczny i wrodzony talent do inspirowania innych zdziałał jednak prawdziwe cuda w kraju byłych wrogów.

Dwaj dawni koledzy nie spotkali się w Stanach Zjednoczonych po raz pierwszy. Jednak tamtego  grudniowego wieczora 1946 roku Ley i von Braun ujrzeli się po ponad piętnastoletniej przerwie. Ich losy w nowej ojczyźnie ułożyły się bardzo odmiennie. Ley był synem komiwojażera, von Braun pochodził z arystokratycznej rodziny, a jego ojciec zajmował się polityką, prawem i bankowością. Von Braun dorastał w poczuciu uprzywilejowania, co w połączeniu z wrodzoną charyzmą sprawiało, że bez trudu otwierał przed sobą wiele drzwi. Aparycją przypominał idola telewizji śniadaniowej; Ley uznał go kiedyś za „doskonały przykład aryjskiego nordyka, jak nazywali to naziści”. Sam Ley natomiast wyglądem i temperamentem uosabiał stereotyp roztargnionego profesora: nosił grube okulary i mówił z wyraźnym akcentem. Niemniej potrafił sprawnie wyrazić swą naukową pasję, zarażając nią słuchaczy, choć okazał się mniej skuteczny w poszukiwaniu pracy w przemyśle rakietowym (gdy von Braun otworzył swym urokiem nowy rozdział kariery).

Obaj spotkali się ponownie, kiedy von Braun, otoczony świtą specjalistów wojskowych, pierwszy raz przyjechał do Nowego Jorku na konferencję Amerykańskiego Towarzystwa Rakietowego. Obecność tej eskorty w jego mieszkaniu w Queens nie przeszkodziła Leyowi przedłużyć obrady aż do kolacji – gospodarz rozmawiał z von Braunem przy kieliszku wina do 3 rano. Dyskusja o piętnastu latach historii okazała się według Leya równie pełna napięcia, co pouczająca. Gość opowiedział o dziejach nazistowskiego programu rakietowego i swojej kierowniczej w nim roli, choć okazał się mniej otwarty co do istotnych szczegółów, które szerzej poznano dopiero po latach.

Von Braun zdradził wtedy okoliczności nagłego zniknięcia z TPK jesienią 1932 roku. Walter Dornberger, kapitan z działu zbrojeniowego armii niemieckiej, pozyskał go osobiście do prac nad wykorzystaniem rakiet na paliwo ciekłe jako broni balistycznej, zorganizował mu małe laboratorium w Kummersdorf, odludnym majątku na południe od Berlina, i zapewnił von Braunowi stypendium, asystenta oraz stanowisko do badań silników rakietowych. Prace te otoczono ścisłą tajemnicą jak wszystkie finansowane przez wojsko, ale 20-letni wówczas naukowiec mógł kontynuować studia doktoranckie z fizyki i inżynierii na uniwersytecie berlińskim. Gdy pracował nad rozprawą, naziści usunęli żydowskich i podejrzewanych o sympatie lewicowe naukowców oraz publicznie palili ich książki. Von Braun oznajmił Leyowi, że skupiał się wyłącznie na studiowaniu i nie zauważał politycznej wagi tego, co działo się dookoła. Po zakończeniu pracy dyplomowej armia zażądała, by nosiła ona tytuł O testach spalania, próbując ukryć to, że zawierała szczegółowe informacje o badaniach w Kummersdorfie.

Von Braun opowiedział dalej Leyowi, jak w 1937 roku wojsko sfinansowało budowę najpotężniejszej wówczas rakiety świata (7 metrów długości), którą w tajemnicy wystrzelono z odległej wyspy na Bałtyku. Podczas okresu zbrojeń pracował też nad wspomaganymi rakietowo startami samolotów dla Luftwaffe. Niedługo potem formacje sił zbrojnych zaczęły rywalizować o usługi von Brauna: lotnictwo dawało 5 milionów marek na nową placówkę badań nad rakietami,  armia zaś przebiła tę ofertę o milion. Dzięki temu jego zwierzchnikiem pozostał Dornberger, kontrolując wspólny projekt obu sił o budżecie 11 milionów marek. Von Braun nie potrafił uwierzyć w swoje szczęście: „To wielki sukces!”, oznajmił. Musiał jednak znaleźć miejsce na nowy ośrodek.

Dalej opowiedział Leyowi o kryteriach tych poszukiwań: odległe, bezpieczne miejsce nad dużym akwenem. Przeczuwając rychły wybuch wojny, von Braun myślał też o strategicznych warunkach położenia, by móc w przyszłości odpalać stamtąd pociski przeciw aliantom. Jego matka wskazała Peenemünde, prawie niezamieszkaną, pokrytą sosnami wyspę na Bałtyku, dokąd wyprawiał się ojciec, aby polować na kaczki. Luftwaffe wzniosła tam luksusowy ośrodek i w 1938 roku na wyspie stanęło nowe miasto, wytwórnia chemikaliów, elektrownia oraz specjalna linia kolejowa. Przy pełnej obsadzie mogło tam mieszkać 12000 pracowników.

Podczas nocnej rozmowy von Braun z ożywieniem opisywał pierwszy test rakiety A4 z października 1942 roku. Ley słuchał uważnie, starając się zapamiętać jak najwięcej. Ledwie dwa lata temu wydał Rockets: The Future of Travel Beyond the Stratosphere, zrozumiał jednak, że te fragmenty książki, które traktowały o historii, stały się nieaktualne. Von Braun opowiadał, że A4, znana pod propagandową nazwą V2, miała przenosić ważącą tonę głowicę bojową na odległość 320 kilometrów. Na pierwszym egzemplarzu namalowano nagą, długonogą kobietę, siedzącą obok rakiety na półksiężycu –  w nawiązaniu do „Kobiety na Księżycu” Langa. Test wypadł o wiele lepiej niż oczekiwano: pocisk osiągnął wysokość niemal 100 kilometrów. Jak opowiadał von Braun, podczas późniejszego świętowania pułkownik Dornberger rozejrzał się po sali i oznajmił: „Zdajecie sobie sprawę, że dziś narodził się pojazd kosmiczny?”.

Jednak nawet po tym sukcesie pozostawały do rozwiązania liczne problemy z systemem naprowadzania, a wprowadzenie rakiety do działań wojennych było nadal odległe o całe miesiące. Kilka tygodni później Dornbergera i von Brauna wezwano do Hitlera, by wyjaśnili opóźnienia produkcyjne. Zabrali ze sobą film z udanej próby startu – po pokazie i włączeniu świateł Hitler przejawiał duży zapał odnośnie do programu rakietowego, nazywając go „superbronią, na którą liczy”. Niezwłocznie zatwierdził dalsze wydatki, nadał von Braunowi tytuł profesorski („najmłodszy profesor w Niemczech”), a Dornbergera mianował generałem majorem.

Gdy do Brytyjczyków dotarły informacje o Peenemünde, w nocy z 17 na 18 sierpnia 1943 roku niemal 600 samolotów RAF-u zrzuciło na ośrodek setki ton bomb. Zginęło prawie 700 ludzi, w większości zagranicznych więźniów, zmuszanych do pracy przy montażu pierwszych rakiet. Produkcję V2 i mniej złożonego pocisku samonaprowadzającego V1 przeniesiono do odległej podziemnej fabryki, ale testy nadal prowadzono na Peenemünde, choć już z mniejszym liczebnie personelem.

Najważniejsza część opowieści została jednak przemilczana. Nowa, podziemna fabryka wchodziła w skład obozu koncentracyjnego Dora-Mittelbau w górach Harzu, odległych od Peenemünde o niemal 500 kilometrów. Przez ostatnie dwa lata wojny umierały tam tysiące ludzi z ZSRR, Polski i Francji, pracując niewolniczo podczas budowy rakiet. W okolicach Dnia Zwycięstwa amerykańska prasa zamieściła parę posępnych szczegółów na temat tej fabryki, o całej prawdzie milczano jednak w USA przez dziesięciolecia.

Mimo wysokiej pozycji w administracji III Rzeszy, von Braun znalazł się w poważnym niebezpieczeństwie, co również opowiedział Leyowi. SS współzawodniczyło z armią o kontrolę nad programem rakietowym i gdy von Braun otwarcie oznajmił Himmlerowi, że woli pracować z Dornbergerem, został aresztowany. Przez dwa tygodnie podejrzewano go o defetyzm, sympatie komunistyczne oraz ewentualną zdradę. W jego aktach znalazł się nawet raport z prywatnej rozmowy, w której wyznał, że wolałby projektować statki kosmiczne zamiast broni, co uznano za uwagę niebezpiecznie antywojskową. Von Brauna zwolniono dopiero wtedy, gdy Dornberger zwrócił się osobiście do ministra zbrojeń i produkcji wojennej Alberta Speera, a ten zainterweniował u Hitlera.

Pod koniec 1944 roku alianci zbliżali się do Berlina, a pierwsze rakiety V2 zaczęły spadać na Londyn i Antwerpię. Niewolnicy w tunelach Dory-Mittelbaum montowali wówczas nawet 600 rakiet miesięcznie. W marcu 1945 roku do Peenemünde zbliżyli się jednak Rosjanie; von Braun z pięciu setkami naukowców i inżynierów uciekł na południe, w góry Bawarii. Ukryci w alpejskim hotelu, wraz z Dornbergerem planowali przejście na stronę aliantów.

Dwa dni przed spotkaniem von Brauna z Leyem jego zdjęcie pojawiło się w „New York Times” jako ilustracja do artykułu o operacji „Paperclip”. Gazeta donosiła, że wiedza „byłych pupilków Hitlera” zaoszczędzi amerykańskiemu podatnikowi 750 milionów dolarów, wydanych na badania i rozwój. Przyjacielowi Leya, autorowi książek science fiction Robertowi Heinleinowi, nie zaimponowała to nowe amerykańskie zaufanie dla niemieckiej myśli technicznej; zarzucił mu nawet „bratanie się z nazistami”. Heinlein pisał do ich wspólnego znajomego z floty, że wieczór z von Braunem to przejaw nieostrożnego oportunizmu, i ostatecznie przestał wspierać Leya w poszukiwaniu rządowej pracy.

Nowe globalne supermocarstwo, które przyjęło niemieckich naukowców, cierpiało wciąż od strony kulturalnej na ostry kompleks niższości. Mało kto kwestionował europejską przewagę tradycji sztuki czy nauki, a w oczach obywateli USA, niespełna dwustuletniego państwa, Wernher von Braun uosabiał europejskiego arystokratę o cichym głosie i nieskazitelnych manierach, przypominającego postaci grane przez Cary’ego Granta, George’a Sandersa, Claude’a Rainsa czy Paula Henreida. Co typowe dla swego wychowania, von Braun był znakomitym muzykiem i potrafił zagrać z pamięci Sonatę księżycową. Ogólnie biorąc, był doskonale przygotowany do roli, którą miał zagrać w powojennej Ameryce.

Waszyngtońska Agencja Połączonych Celów Wywiadu (Joint Intelligence Objectives Agency, JIOA) starannie wybielała tymczasem kłopotliwe biografie von Brauna oraz innych uczestników „Paperclip”, przypominając produkujących fałszywe życiorysy aktorskie publicystów hollywoodzkich w systemie studyjnym. Von Braun przyjechał do USA świadom, że wojenne doświadczenie zapewni mu ważną pozycję: jeszcze niedawno dzięki podobnemu stanowisku mógł nie interesować się kłopotami innych czy etycznymi następstwami swych działań. W przeciwieństwie do większości wizjonerów kosmicznych, działał nie tyle dla lepszego jutra, ile dla dokonania czegoś, czego jeszcze nikt nie osiągnął.

Już na początku kariery zrozumiał, że aby osiągnąć zamierzony cel, musi stać się skutecznym sprzedawcą. Nauczył się więc przekonywania najważniejszych decydentów, że jego wizja zaspokoi to, co uznawał za ich największe pragnienia. Generałom i dyktatorom obiecywał militarną dominację oraz narodowy prestiż, obawiającym się zewnętrznych zagrożeń – bezpieczeństwo, a szukającym celu i sensu – wyjątkową przygodę oraz udział w wypełnianiu przeznaczenia ludzkości. Von Braun potrafił nie tylko przekonująco sprzedawać, ale miał też rzadki talent do inspirowania, budzenia lojalności, oddania oraz wkładania w pracę wszystkich sił.

Przebywając z innymi niemieckimi naukowcami w Forcie Bliss (El Paso, stan Teksas), von Braun dokonał pewnego osobistego wyboru: został protestantem. Decyzję tę podjął po wizycie w skromnym, bielonym kościele, gdzie – jak oznajmił później – zrozumiał, że przynależność religijna nie jest czymś, co dziedziczymy, lecz osobiste zobowiązanie, wymagające wysiłku oraz dyscypliny. To nawrócenie mogło służyć oddzieleniu europejskiej przeszłości von Brauna od tego, co niosła mu przyszłość, podobnie jak podjęte w tym samym czasie postanowienie, by poślubić swoją 18-letnią kuzynkę i sprowadzić ją do Teksasu.

Armia USA wysyłała do kraju setki skrzyń z częściami V2, a von Braun i jego zespół składali je i na poligonie w White Sands w stanie Nowy Meksyk odpalali rakiety, osiągające pułap nawet 160 kilometrów. Podczas kolejnych lotów testowano rakietę dwuczłonową: na szczycie zmodyfikowanej V2 umieszczano mniejszą, która na wysokości 32 kilometrów odłączała się i przy pomocy własnego napędu przekraczała pięciokrotnie prędkość dźwięku, wzbijając się na wysokość 400 kilometrów.

Pentagon nie interesował się jednak dużymi rakietami w rodzaju V2, czy to jako bronią ofensywną, czy obronną. Doświadczenia II wojny światowej wykazały, że V2 sprawdzała się bardziej jako narzędzie terroru niż zniszczenia. Praca von Brauna w White Sands dostarczyła ciekawych informacji naukowych, nie wiedziano jednak, jak odnieść je do obaw Departamentu Obrony.

Nadzorujący defensywne plany Ameryki przejmowali się przede wszystkim zimną wojną, w której badanie kosmosu nie odgrywało żadnej roli. Von Braun zastanawiał się jednak, jak przekonać wojskowych decydentów do finansowania jego badań. Trafił do fizyków z narodowego laboratorium w Los Alamos, gdzie pracowano nad bombą atomową. Próbował przekonać ich do połączenia atomowej głowicy bojowej z jego pociskiem balistycznym, co później pozwoliło zaprojektować międzykontynentalną rakietę balistyczną (ICBM). W latach 40. uważano jednak, że bombowiec pozostaje nadal najbardziej skutecznym środkiem przenoszenia ciężkiego ładunku nuklearnego. Von Braun przedstawił także zarys planu dużej orbitalnej stacji bojowej, która mogłaby służyć do bombardowania dowolnego miejsca na Ziemi, a także jako narzędzie inwigilacji. Ten pomysł udoskonalał i forsował przez całe lata 50.

Trzeci, najbardziej ambitny plan von Brauna na zebranie funduszy nie miał nic wspólnego z rządowymi strategiami obrony. Pamiętając, jak lektura fantastyki naukowej rozpaliła jego młodzieńczą wyobraźnię, postanowił przyciągnąć nowe pokolenie kosmicznych marzycieli i napisał powieść o pierwszej wyprawie na Marsa. Wydawcy, którzy czytali rękopis, uznali jednak dialogi za sztampowe, a akcję za pozbawioną romantycznego wątku. Autor skupiał się na technicznej precyzji opowieści, a rozrywka czytelnika znalazła się na drugim planie. W efekcie von Braunowi odmówiło 18 wydawnictw.

Cztery lata wcześniej kierownictwo BTM o włos uniknęło śmierci na skutek eksplozji rakiety V2. Arthur Clarke uznał, że to doświadczenie można wykorzystać: napisał list do von Brauna, proponując mu honorowe członkostwo w organizacji. Ten zgodził się chętnie, odpowiadając: „Mimo szkód, które praca moja i moich towarzyszy przyniosła Brytyjczykom, jest to najbardziej zachęcający dowód, że szlachetny entuzjazm wobec przyszłości astronautyki przeważa nad narodowymi zadrażnieniami”. Wkrótce obaj nawiązali dalszą korespondencję: von Braun zaznajomił Clarke’a z pewnymi naukowymi szczegółami najnowszych testów z White Sands, a Clarke zaprosił von Brauna, by wygłosił referat na londyńskiej konferencji BTM.

Tuż po wojnie wojskowi opiekunowie von Brauna praktycznie nie wypuszczali go spod swej pieczy. W znacznym stopniu obawiano się wtedy radzieckich szpiegów, armia zaś uważała zagranicznego inżyniera za cenny nabytek. Gdy na krótko powrócił do Niemiec, by wziąć ślub, znajdował się pod stałym nadzorem, by uniemożliwić Sowietom porwanie go. Von Braun przysparzał jednak armii także innych kłopotów. W styczniu 1947 roku wygłosił w El Paso przemówienie w tamtejszym klubie rotariańskim; zostało dobrze przyjęte, wkrótce jednak prasa ujawniła, że niektórzy uczestnicy operacji „Paperclip” musieli zostać odesłani do Niemiec, na jaw wyszły bowiem niewygodne szczegóły ich nazistowskiej przeszłości. Większość tych relacji podkreślała chęć Niemców, by pracować dla USA, często wspominała o ich antykomunistycznych poglądach oraz nadziejach na obywatelstwo amerykańskie. Tego samego miesiąca, w którym von Braun przemawiał w El Paso, przewodniczący amerykańskiej i światowej Federacji Polskich Żydów stwierdził jednak: „To smutne doświadczenie i obelga dla ludzkości, [by witać] owych niegodziwych przedstawicieli nauki nazistowskiej […] w tym kraju z otwartymi ramionami”. Przez kolejne dwa lata von Braun rzadko występował publicznie.

Gdy Niemcy zakończyli w White Sands pracę nad ulepszonymi V2, armia nie znalazła dla nich wielu nowych zajęć. Dalsze badania rakietowe finansowano skąpo, a kwatery w Forcie Bliss okazały się potrzebne żołnierzom, których liczba zwiększyła się w czasie zimnej wojny. Wojsko musiało teraz znaleźć nową siedzibę niespokojnym i niewykorzystywanym specjalistom rakietowym. W 1950 roku, na wniosek senatora z Alabamy, Johna Sparkmana, Departament Obrony przeniósł Dział Rakietowy Wydziału Badań i Rozwoju Departamentu Uzbrojenia do niedawno zamkniętego arsenału Redstone w Huntsville. Tutaj, w pobliżu rzeki Tennessee, nowi lokatorzy zajęli budynki wzniesione dekadę wcześniej; mieściły wtedy wytwórnię i magazyn broni chemicznej. Na nowych drogowskazach widniała nazwa: Wojskowy Ośrodek Pocisków Kierowanych. 141 hektarów arsenału Redstone było już świadkiem wielu historycznych wydarzeń.

Żyzny obszar południowej części doliny Tennessee był ojczyzną Krików, Czirokezów i Czikasawów. W latach 30. XIX i 40. XX wieku Amerykanie usunęli stąd wszystkich Indian, a przed wojną secesyjną na wielkich plantacjach bawełny pracowali niewolnicy. W okresie rekonstrukcji ziemię podzielono na małe, dzierżawione gospodarstwa – wiele z nich prowadzili niedawni wyzwoleńcy. Po siedmiu dekadach wszyscy musieli się jednak przesiedlić, gdy podczas II wojny światowej zbudowano tu arsenał oraz fabrykę zbrojeniową.

Przybyli tu w 1950 roku Niemcy uznali pełne zieleni okolice Tennessee za miłą odmianę po piaszczystym, suchym El Paso. Huntsville przypomniało von Braunowi Śląsk. Miasto liczyło wtedy jedynie 16000 ludzi, podupadłszy z powodu zamknięcia fabryki broni.

Ośrodek rakietowy nadał jednak gospodarce Huntsville nowego impulsu. Przybysze wprowadzili do północnej Alabamy trochę europejskiej kultury, a miejscowe warzywniaki zaczęły sprzedawać kiszoną kapustę. Huntsville nabrało cech uniwersyteckiego miasteczka Nowej Anglii, nie tracąc jednak klimatu południa Stanów Zjednoczonych: powstała orkiestra symfoniczna, balet, teatr, rozbudowano też bibliotekę.

Do najpopularniejszych pozycji w jej zbiorach należał The Conquest of Space Leya i Bonestella. Nowojorskie Planetarium Haydena opracowało oparte na książce widowisko, które potem ruszyło do innych miast. Dzięki tej współpracy Willy Ley poznał dyrektora tej instytucji. Podczas rozmowy przy obiedzie zapytał go, dlaczego BTM może organizować coroczne konferencje na temat załogowych lotów kosmicznych, a w USA nie odbyło się dotąd podobne wydarzenie.

Dyrektor odpowiedział mu krótko: „Działaj, Willy; planetarium jest twoje”.

Ta z pozoru mało istotna rozmowa zapoczątkowała wypadki, które w najbliższej dekadzie zmieniły nastawienie Amerykanów do podróży kosmicznych i uczyniły z von Brauna celebrytę początków telewizji.

Niespełna sześć miesięcy po nawiązaniu współpracy z Planetarium Haydena Ley miał już listę uczestników pierwszego Sympozjum Podróży Kosmicznych, którego datę wyznaczył symbolicznie na 12 października 1951 roku (Dzień Kolumba). Zdarzenie to miało przyciągnąć zainteresowanie mediów oraz opinii publicznej, zaproszenia rozesłano więc do wszystkich redakcji prasowych i telewizyjnych z Nowego Jorku, w tym zagranicznych. Wśród 200 obecnych, którzy wysłuchali dyskusji o medycynie kosmicznej, kosmicznym prawie i naukach pozaatmosferycznych, znajdowało się dwóch dziennikarzy z magazynu „Collier’s”.

Cornelius Ryan, zastępca redaktora czasopisma, nie był zachwycony ich materiałem. Ten były korespondent wojenny, Irlandczyk z pochodzenia, lekceważył narastającą ostatnio gadaninę o kosmicznych lotach załogowych, uważając całą sprawę za odpowiednią dla dziecięcych programów telewizyjnych, a nie poważnego magazynu. Naczelny upierał się przy temacie, Ryan niechętnie udał się więc do San Antonio, na konferencję poświęconą medycynie kosmicznej. „Collier’s” wysłał tam również Chesleya Bonestella, ilustratora The Conquest of Space. Po pierwszym dniu, wypełnionym licznymi prezentacjami, Ryan odczuwał zamęt i nudę.

W barze przy koktajlach natknął się na wysokiego, przystojnego mężczyznę, który także uczestniczył w konferencji. Ryan, ściskając swą wysoką szklankę, wyznał rozmówcy: „Przysłali mnie tu, żebym się dowiedział, co poważni naukowcy myślą o szansach lotu w przestrzeń pozaziemską”. Wskazał na salę i dodał: „Nie wiem, o czym ci wszyscy ludzie mówią. Dotąd zauważyłem tylko, że na podwyższenie wchodzi ich całe mnóstwo i wszyscy pokrywają tablicę tajemniczymi znakami!”. Ryan stwierdził, że „Collier’s”rozważa duży, zapowiedziany na okładce artykuł o badaniu kosmosu, on jednak wątpi, aby czytelnicy zainteresowali się którymkolwiek z wątków tej konferencji.

Jego rozmówca przedstawił się jako Wernher von Braun; próbując wyjaśnić Ryanowi prezentacje, wciągnął do rozmowy dwóch innych uczestników. Byli to Fred Whipple, dyrektor instytutu astronomii uniwersytetu Harvarda, oraz Joseph Kaplan, geofizyk specjalizujący się w badaniach wyższych warstw atmosfery. Podczas kolacji, która przeciągnęła się niemal do północy, von Braun, Whipple i Kaplan na zmianę udzielali żarliwych wyjaśnień, dlaczego wierzą, że przeznaczeniem ludzkości jest przestrzeń kosmiczna.

Pod wpływem uroku von Brauna Ryan powrócił do Nowego Jorku jako jego wierny zwolennik. Przekonał też naczelnego, że zorganizowanie poświęconego kosmosowi sympozjum pod patronatem „Collier’s”nada magazynowi rozgłos i uszczknie nieco pieniądzy reklamodawców nowemu rywalowi: telewizji. Ryan nalegał na powierzenie funkcji głównego eksperta „Collier’s”von Braunowi; inni specjaliści z konferencji w Nowym Jorku i San Antonio napisaliby uzupełniające artykuły.

Von Braun i jego zespół pracowali wtedy nad rakietą Redstone, pierwszym amerykańskim pociskiem balistycznym krótkiego zasięgu. Redstone była większa, lecz mniej opływowa od V2; mogła przenieść 3,5-tonową głowicę. Jej szybki rozwój wynikał z rywalizacji dwóch rodzajów sił zbrojnych: podczas gdy wojsko rozwijało Redstone, konsultanci lotnictwa zaczęli pracę nad programem międzykontynentalnego pocisku balistycznego, który zaowocował stworzeniem rakiety Atlas. Oba pociski zaprojektowano do celów militarnych, jednak znacznie większy rozgłos zyskały dopiero w kolejnej dekadzie, gdy wyniosły w kosmos pierwszych Amerykanów.

Po przeniesieniu zespołu von Brauna do Huntsville wojsko miało większy wpływ na jego wystąpienia. Von Braun nie przemawiał jesienią 1951 roku na żadnej z dwu konferencji o tematyce kosmicznej, choć uczynili to dwaj inni uczestnicy operacji „Paperclip”, doktor Hubertus Strughold i Heinz Haber. Pierwszy z nich został czołowym badaczem fizycznych i psychologicznych skutków lotu pozaziemskiego, ale szczegóły jego życiorysu z premedytacją ukrywano: musiały minąć cztery dekady, zanim pojawiły się publiczne zarzuty udziału Strugholda w niesławnych nazistowskich doświadczeniach na ludziach. W 1951 roku opinie przeciwne zatrudnianiu przez rząd niemieckich naukowców i inżynierów przeważnie umilkły, choć ich nadzieje na amerykańskie obywatelstwo pozostały niespełnione jeszcze przez kilka lat.

W kwietniu tego roku na łamach „The New Yorker” dziennikarz Daniel Lang obszernie przedstawił czytelnikom sylwetkę von Brauna. Autor, były korespondent wojenny z Francji, Włoch i północnej Afryki, interesował się pobudkami etycznymi naukowców podczas zimnej wojny. Osobowość von Brauna opisał jako „raczej wylewną niż refleksyjną”, uznając, że przywykł do roli „kogoś niezastąpionego”. W poprzednich wywiadach von Braun zachowywał powściągliwość, teraz jednak ją odrzucił, posuwając się nawet do wyznań: „Praca w kraju rządzonym przez dyktaturę może mieć zalety, jeśli masz reżim po swojej stronie […]. W Peenemünde pracowały dla nas tysiące rosyjskich jeńców”. Artykuł ujawniał też, że 80% niemieckich pracowników w arsenale Redstone należało do NSDAP lub stowarzyszonych organizacji, w tym sam von Braun. Proszony przez Langa o komentarz do decyzji współpracy z armią niemiecką, von Braun wyjaśnił: „Nie mieliśmy moralnych skrupułów wobec możliwego wykorzystania owocu naszych umysłów […]. Gdybyśmy nie zrobili tego my, znalazłby się ktoś inny”. Po ukazaniu się materiału von Braun stał się ostrożniejszy w rozmowach z prasą.

Pod koniec roku „Collier’s”zorganizował w swym nowojorskim biurze sympozjum ekspertów do spraw kosmosu. Wśród uczestników znaleźli się von Braun, Ley, Whipple, Bonestell oraz inni. Magazynzamówił do kolejnego numeru szczegółowe, barwne ilustracje olbrzymiego statku kosmicznego na orbicie, pokazujące życie i pracę człowieka w przestrzeni kosmicznej. Opierały się one na planach oraz szkicach powstałych w Huntsville. Von Braun polecił też Gerdowi de Beekowi, byłemu pracownikowi ośrodka w Peenemünde, a obecnie w Redstone, wykonanie modeli rakiety oraz stacji kosmicznej. W 1942 roku de Beek narysował Kobietę na Księżycu na pierwszej wystrzelonej z sukcesem rakiecie A4.

Przed wydaniem marcowego numeru „Collier’s”uznał von Brauna za tak przydatnego, że powierzył mu rolę rzecznika, promującego w mediach specjalne wydanie magazynu. Po debiucie w Camel News Caravan von Braun w ciągu doby pojawił się w telewizji jeszcze kilka razy, jeżdżąc na Manhattanie od studia do studia według ustalonego harmonogramu, by udzielać wywiadów na żywo w najpopularniejszych programach. Rano był gościem Today w NBC, po południu gawędził w CBS z Garrym Moore’em, a pod koniec dnia zdążył jeszcze przybyć do ABC na emisję przygodowego serialu dla dzieci Tom Corbett, Space Cadet. Za każdym razem ilustrował swoje wystąpienia modelami wykonanymi przez de Beeka.

Po niemal siedmioletniej pracy, która nie przyniosła mu szerszego uznania, von Braun z entuzjazmem spodziewał się, że w USA nadchodzi właśnie jego czas. Jak pisał do Ryana: „Zachwyca mnie to radio i telewizja. Rakiety kosmiczne mają wielką okazję!”.

Nowy numer „Collier’s”prześcignął wszystko, co na temat kosmosu zamieszczono wcześniej w wielkonakładowym, popularnym czasopiśmie. Kolorowe ilustracje Bonestella przykuwały wzrok wizjami zmierzających na orbitę pojazdów czy budowanych stacji. Równie wielkie wrażenie robiły przekroje ich wnętrz. Uwaga poświęcona każdemu szczegółowi dodawała im wiarygodności, choć rysunki opierały się jedynie na planach, stanowiących w całości dzieło wyobraźni. Nakład numeru wyniósł 3 miliony egzemplarzy, szacowany zasięg – 12-15 milionów czytelników; przyjmowano, że widziało go więc 8-10% Amerykanów.

Kampania reklamowa „Collier’s”uwzględniała prezentacje na wystawach domów towarowych oraz plakaty na autobusach, wagonach metra czy kioskach. W efekcie wypromowano nie tylko magazyn: von Braun stał się najbardziej znanym na świecie propagatorem badań kosmosu. Artykuł wstępny w „Collier’s” podkreślał rolę kosmosu w bezpieczeństwie narodowym, choć inne artykuły bagatelizowały kwestie militarne. Von Braun wspominał o stacji orbitalnej jako „nośniku bomby atomowej”, apokaliptyczne scenariusze redukowano jednak do minimum. „Collier’s”nie miał oporów przed wykorzystywaniem zimnowojennych obaw do zwiększania sprzedaży – dwa lata wcześniej Bonestell zamieścił tam obrazy Manhattanu pochłanianego przez grzyb wybuchu atomowego – teraz jednak odwoływał się raczej do optymistycznej, technologicznej wizji przyszłości, obiecującej zarówno przygodę jak i nowy obszar odkryć: chętnie widziane wytchnienie od rozprzestrzenienia broni atomowej, radzieckich szpiegów czy patowej sytuacji w Korei.

Reakcja czytelników i mediów okazała się tak przychylna, że „Collier’s”niezwłocznie zaczął planować kolejne numery poświęcone kosmosowi. Pierwszy z nich pojawił się w kioskach w październiku 1952 roku, prezentując artykuły o pierwszej wyprawie ludzi na Księżyc. Von Braun dalej występował publicznie, między innymi w jedynym telewizyjnym programie naukowym The Johns Hopkins Science Review, którego trzy półgodzinne odcinki poświęcono omawianiu materiałów z „Collier’s”.

Publikacje te sygnalizowały istotną zmianę postaw społecznych względem załogowych lotów kosmicznych, które przestawały być powodem do drwin czy przyczyną zakłopotania. Jeszcze rok wcześniej, ,na konferencji w San Antonio organizatorzy nie chcieli wykorzystywać w nazwie zwrotu „loty kosmiczne”, obawiając się narażenia jej powagi. Jednak od wiosny 1952 roku politycy wspominający o wyprawach pozaziemskich rzadko już spotykali się z reakcją, której dekadę temu doświadczył David Lasser w Izbie Reprezentantów.

Wieczorem 9 lipca 1952 roku Walter Cronkite zasiadł w wyłożonym boazerią chicagowskim studiu CBS, by relacjonować otwarcie krajowej konwencji republikanów. Był to istotny moment dla kraju oraz dla młodego dziennikarza, prowadzącego właśnie swą pierwszą transmisję na żywo z amerykańskiego wydarzenia politycznego. Kampania republikańska zaczęła się w New Hampshire w tym samym tygodniu, w którym von Braun zadebiutował w telewizji. Grupa kandydatów obejmowała już tylko trzy osoby: generała Dwighta Eisenhowera, senatora z Ohio Roberta Tafta oraz gubernatora Kalifornii Earla Warrena.

Były spiker Izby Reprezentantów Joe Martin otworzył obrady i w mowie, którą oglądały miliony widzów, zaatakował demokratów nazywając ich „wyznawcami gospodarki bez perspektyw” i zarzucając oferowanie młodemu pokoleniu „drogi donikąd”. Niezauważalnie przeszedł do optymistycznej wizji przyszłości, jak się okazało, pochodzącej z magazynu o ogólnoamerykańskim zasięgu. Martin obiecywał: „Mamy do przemierzenia cały nowy świat! Słuchałem naukowców i inżynierów […]. Są optymistami! Są wizjonerami, wykraczającymi poza nasze najśmielsze marzenia! Mówią, że nauka i technika odkrywają nowe horyzonty, które przeczą nawet wyobraźni”. Mówca opisał postępy w dziedzinach takich jak medycyna, energetyka czy transport, by w końcu zwrócić się ku niebu: „Podróż kosmiczna, myślę o podróży międzyplanetarnej w naszym systemie, to już nie jest wybryk wyobraźni twórcy filmów animowanych. To próg rzeczywistości! Kto wie, jakie cuda leżą za granicą naszej atmosfery, jakie nowe światy staną przed nami otworem?”.

Konwencję z wielkim zainteresowaniem oglądał w pokoju hotelowym cudzoziemiec, przybyły kilka dni wcześniej do Stanów Zjednoczonych na pokładzie statku „Queen Mary”. Arthur C. Clarke miał tu promować swe najnowsze dzieło The Exploration of Space, wybrane przez amerykański klub czytelników książką miesiąca. Było to częścią reakcji na konferencję w Planetarium Haydena oraz entuzjastycznego przyjęcia artykułów „Collier’s”.

Clarke słuchał mowy Martina ze zdumieniem: w państwowej telewizji występował polityk, którego słowa jakby pochodziły od brytyjskiego pisarza. Wspominał potem: „Nie spodziewałem się, że republikanie oficjalnie poruszą tematy roztrząsane przez twórców fantastyki naukowej”. Martin tymczasem przeszedł do „elektronicznych maszyn obliczeniowych” oraz noszonych na nadgarstkach radiostacji, wykorzystujących „nowy wynalazek, nie większy od znaczka pocztowego, nazywany tranzystorem”. Clarke wpadł w zachwyt: „Po tym nic nie odciągnęłoby mnie od konwencji”.

Była to dopiero jego druga podróż poza Wielką Brytanię. Jadąc przez Stany Zjednoczone, zainteresował się rozmaitymi aspektami życia w Ameryce lat 50. Jego cel stanowiła Atlanta, do której Clarke’a zaprosił Ian Macaulay, poznany na zlocie science fiction redaktor fanzinu. Macaulay angażował się wówczas w walkę o prawa obywatelskie, koniec segregacji rasowej w szkołach czy środkach transportu publicznego oraz zwiększenie liczby czarnych wyborców. Podczas przeciągających się do późna dyskusji Clarke poznawał długą historię amerykańskich nierówności rasowych.

Przed przyjazdem do USA nie spotkał nigdy czarnoskórego. Rok później powrócił do Atlanty, pracując nad zakończeniem powieści Koniec dzieciństwa. Jej bohaterem jest przedsiębiorczy naukowiec Jan Rodricks, który zostaje wybrany przez zaawansowaną pozaziemską cywilizację do obserwacji przekształcenia ludzkiej rasy w wyższą postać życia: zbiorową kosmiczną jedność. Decyzja Clarke’a, by uczynić tego przedstawiciela ludzkości i „ostatnią osobę na Ziemi” astronomem o afrykańskim pochodzeniu, była w 1953 roku śmiałym, prowokacyjnym politycznie wyborem.

Nowela o życzliwym obcym, którą Clarke przeczytał w „Wonder Stories”z 1934 roku, zapoczątkowała jego fascynację potencjałem fantastyki naukowej w budzeniu zrozumienia dla pozaziemskich postaci oraz przekazywaniu punktu widzenia i wartości przedstawicieli innych kultur. W okresie najważniejszym dla swego rozwoju czytelnicy literatury science fiction, niemal wyłącznie mężczyźni, pożądali przede wszystkim ucieczki od kultury głównego nurtu oraz wiadomości o zdobyczach techniki czy nowych ideach. Wielu z nich odznaczało się inteligencją, lecz z rozmaitych powodów (rasa, seksualność, religia) znajdowało się jednak na marginesie społecznym. Znaczna część odbiorców science fiction znała też skłonności reszty społeczeństwa do bojkotowania i nazywania „nerdami” czy „jajogłowymi” ludzi zainteresowanych tematami technicznymi lub intelektualnymi. Nie może więc zaskakiwać, że czytelnicy fantastyki naukowej często identyfikowali się z przedstawicielami obcych cywilizacji.

Na początku lat 50. część autorów fantastyki naukowej zaczęła używać masowo sprzedawanych książek w miękkich oprawach jako narzędzia cichego podważania konwencjonalnych poglądów na temat rasy czy seksualności. Okładka zbioru opowiadań Heinleina z 1952 roku po raz pierwszy przedstawiała czarnego astronautę, choć taka postać w ogóle nie występowała w treści książki, a ówcześni dyrektorzy sprzedaży zalecali ilustratorom unikanie takich tematów, uznając, że obniży to sprzedaż na Południu. Rok później seria komiksów science fiction Weird Fantasy opublikowała alegorię amerykańskiej segregacji rasowej: opowieść o cywilizacji rodzącej się na planecie, gdzie pomarańczowe roboty dominują nad robotami niebieskimi. W przekornym zakończeniu wysłannik w skafandrze kosmonauty, który osądza planetę, odrzucając jej podanie o przyłączenie do galaktycznej republiki, okazuje się czarnoskóry.

W 1955 roku Heinlein, atakujący również społeczne uprzedzenia na temat męskości i kobiecości, napisał Tunnel in the Sky. Rasa głównego bohatera tej powieści dla nastolatków nie jest wyraźnie wskazana, pojawiają się jednak aluzje, że chodzi o Murzyna. Autor wyznał, że uczynił to, by rozbroić białych czytelników, którzy wpierw poczują sympatię do postaci, identyfikację z nią, a stopniowo odkryją jej przynależność rasową.

Wkrótce po wizycie w Atlancie Clarke napisał dla „New York Timesa” esej, przedstawiając problem społecznego zaangażowania fantastyki naukowej jako część jej obrony przed odmawianiem jej wartości literackiej: „Międzyplanetarna ksenofobia [wcześniejszej science fiction] ustąpiła miejsca poglądowi, że obce formy życia mogą mieć tyleż praw do własnego punktu widzenia, co my. Taka postawa […] może niewątpliwie rozpowszechnić tolerancję tu, na Ziemi (gdzie wiadomo, jak bardzo jej trzeba)”.

Gdy Arthur Clarke powrócił do USA, kończąc Koniec dzieciństwa, latem tego roku spotkał się wreszcie z Wernherem von Braunem w waszyngtońskim domu prezesa Amerykańskiego Towarzystwa Rakietowego. Przy obiedzie dyskutowano o przyszłości człowieka w kosmosie, potem jednak Clarke długo opisywał swoja pasję, jaką było nurkowanie, wyjaśniając, że to dobry sposób na doświadczenie kosmicznej nieważkości. Energicznie namawiał von Brauna, by sam tego spróbował; kilka tygodni później Niemiec dał się namówić i odtąd pozostawał aktywnym nurkiem przez większość swojego życia.

Von Braun nadzorował rozwój rakiety Redstone i pracował nad ściśle tajnym planem szybkiego oraz taniego umieszczenia na orbicie pierwszego satelity (projekt „Orbiter”), równocześnie nie ustając w popularyzowaniu idei załogowych lotów kosmicznych. Nieoczekiwaną szansę dał na to ósmy, ostatni numer „Collier’s” poświęcony kosmosowi, w którym opisywano podróż na Marsa. Na początku 1954 roku odezwało się mianowicie Hollywood w osobie Walta Disneya, zainteresowanego nakręceniem serii godzinnych filmów dokumentalnych o wysokim budżecie, opartych na materiałach z magazynu. Disney tworzył właśnie Disneyland, nowy program telewizyjny w najlepszym czasie emisji, gdzie starsze treści chciał uzupełniać nowymi, promując swój kalifornijski park tematyczny, którego otwarcie planowano na rok 1955.

Po rekomendacji ze swej strony jednego z czołowych animatorów, Warda Kimballa, Disney zaakceptował trzy odcinki, powstałe dzięki artykułom „Collier’s”. Pierwszy nosił tytuł Człowiek w przestrzeni: Ley, von Braun i Heinz Haber omawiali w nim historię astronautyki oraz fizyczne problemy lotu kosmicznego, animacje zaś przedstawiały niedaleką przyszłość, gdy ludzie po raz pierwszy znajdą się w kosmosie. Studio niepokoiło się decyzją Disneya, który wybrał trzech ekspertów mówiących z wyraźnym niemieckim akcentem, uznano jednak ich autentyczność za ważniejszą od negatywnych skojarzeń. Historyczna część programu zawierała ówczesne relacje ze startów V2, nie wspominano jednak o roli nazistowskich Niemiec, z szacunkiem przedstawiając rakietę jako „zwiastuna przyszłych statków kosmicznych”. Wśród ekspertów uwagę przykuwał von Braun, który spoglądając w kamerę, stwierdzał z przekonaniem: „Gdybyśmy mieli dziś zacząć dobrze zorganizowany program kosmiczny, to wierzę, że sprawna rakieta pasażerska może powstać w dziesięć lat”.

Walt Disney i Wernher von Braun (1955) podczas współpracy nad Człowiekiem w przestrzeni, pierwszym z trzech odcinków poświęconych kosmosowi, które w latach 50. emitowano co tydzień. Oglądano je w ponad jednej trzeciej amerykańskich domów. Również w Białym Domu telewizor włączał wtedy prezydent Eisenhower.

Człowiek w przestrzeni pojawił się na ekranach wiosną 1955 roku. Na czarno-białych ekranach odbiorników śledziło go 40 milionów domostw, ponad jedna trzecia widzów w USA. Przeprowadzone później sondaże wskazały, że niemal 40% Amerykanów wierzy w „dotarcie na Księżyc ludzi w rakietach” przed końcem stulecia i było to dwa razy tyle, co 6 lat wcześniej. Wysiłki von Brauna ponownie przyniosły następstwa polityczne: jeden z widzów programu mieszkał przy Pennsylvania Avenue 1600 i Biały Dom wkrótce zwrócił się do Disneya o wypożyczenie nagrania, by pokazywać je urzędnikom Pentagonu.

Disney niemal we wszystkich swych dziełach przekazywał powszechnie uznawane, tradycyjne amerykańskie wartości. Nie afiszował się publicznie z własnymi poglądami politycznymi, był jednak konserwatystą i antykomunistą. Jego związki z von Braunem w pewnym stopniu nadawały byłemu dostojnikowi III Rzeszy pozycję szanowanego Amerykanina, potwierdzoną miesiąc po emisji Człowieka w przestrzeni, kiedy to von Braun i ponad setka innych Niemców z Huntsville pojawili się w kronikach filmowych w geście ostatecznej asymilacji, składając przysięgę wierności i zostając obywatelami USA.

Wiele szkół publicznych także mogło podziwiać von Brauna, otrzymało bowiem niedawno nowe audiowizualne wyposażenie klas. Studio Disneya udostępniało kopie Człowieka w przestrzeni jako ciekawą pomoc dydaktyczną, opracowało też zbiór wskazówek dla nauczycieli, jak prowadzić zajęcia przy pomocy filmu. Na jego okładce widniała fotografia von Brauna, a sugerowane tematy dyskusji obejmowały na przykład „Prawdopodobieństwo zniesienia obecnych barier między narodami po rozwinięciu kontaktów z innymi planetami”.

Obecność von Brauna w programach Disneya zbiegła się z jego występem w innym, nie tak popularnym filmie. Pod koniec 1955 roku Departament Obrony zrealizował niskobudżetową, czarno-białą relację z „konferencji oficerów”, nadając jej tytuł Challenge of Outer Space. Von Braun pojawił się tam w towarzystwie oficerów różnych formacji, prezentując treść zbieżną z filmami Disneya, a nawet korzystając z ilustracji z „Collier’s”. Tym razem jednak używał niemal wyłącznie terminologii zimnowojennej, podczas gdy Człowiek w przestrzeni nie wspominał ani słowem o dominacji militarnej. Opisując stację kosmiczną, von Braun mówił o „potężnym znaczeniu wojskowym w zakresie zwiadu oraz bombardowania” z „bezprecedensową dokładnością”.

Siedząc na tle flagi Stanów Zjednoczonych, odpowiadał na przygotowane wcześniej pytania w rodzaju: „Doktorze von Braun, proszę wyjaśnić, dlaczego łatwiej byłoby zbombardować Nowy Jork z satelity niż z samolotu czy przy pomocy wystrzelonej z lądu rakiety samonaprowadzającej?”. Odpowiedzi na takie rzeczowe wątpliwości znacznie różniły się tonem od produkcji Disneya. Von Braun nie odwoływał się kwieciście do poczucia zachwytu czy chęci badania nieznanego, nie wspominał o „Kolumbach przestrzeni” czy ewolucyjnym skoku ludzkości po osiągnięciu kosmosu. Wiedział z doświadczenia, że przekazanie komunikatu sali pełnej mężczyzn o surowych twarzach, noszących odznaczenia wojskowe, wymaga całkiem innej retoryki, mówił więc o konflikcie, osiąganiu strategicznej przewagi i kończył ostrzeżeniem: „Rosjanie wzięli się już do ciężkiej pracy i jeśli chcemy być pierwsi, nie ma czasu do stracenia”.

Wiosną 1955 roku Biały Dom zatwierdził plan umieszczenia na orbicie pierwszego w historii satelity podczas Międzynarodowego Roku Geofizyki, który wzorem wcześniejszych Lat Polarnych miał łączyć naukowców z 46 krajów w globalnej działalności geofizycznej od lipca 1957 do grudnia 1958. Amerykanie oceniali, że ZSRR lada chwila ogłosi własny program satelitarny, w ten sposób próbowali więc podkreślić własny udział.

Za tą pozornie czysto naukową inicjatywą leżały bardzo realne obawy zimnowojenne. Od początku wyścigu zbrojeń atomowych oba supermocarstwa szukały sposobów na pozyskiwanie danych o siłach przeciwnika oraz ich zgodności z międzynarodowymi umowami. Korporacja RAND, wpływowy zespół ekspertów, doradzał zamiast podatnych na zestrzelenie samolotów szpiegowskich wynalazek ery kosmicznej: bezzałogowego satelitę obserwacyjnego, który przekazywałby z orbity obrazy z kamery lub zdjęcia, umieszczane w specjalnych kapsułach.

Prezydent Eisenhower uznał, że umieszczenie satelity badawczego na orbicie, która przebiega nad krajami bloku radzieckiego, stanowiłoby precedens otwierający drogę technologii  kosmicznego zwiadu. Brakowało jednak potrzebnych rozwiązań w sferze dyplomacji i prawa międzynarodowego, Eisenhower uległ więc doradcom ostrzegającym, że Stany Zjednoczone naraziłyby się na powszechne potępienie, gdyby pierwsze wprowadziły nad terytorium innego państwa jakiś obiekt orbitalny. Rozsądniej byłoby tu oddać pierwszeństwo innym.

„Orbiter”, tajny projekt von Brauna, rywalizował z planami lotnictwa oraz floty. Powszechnie uznawano, że „Orbiter” jest najbardziej dopracowany, praktyczny i niezawodny z tej trójki, ale to „Vanguard”, skonstruowany przez Laboratorium Floty, uzyskał pod koniec lipca 1955 roku oficjalną aprobatę Białego Domu, choć jego start przewidywano dopiero na koniec 1957 lub 1958 rok. Za przyczynę tej porażki „Orbiter” von Braun uważał swój udział w badaniach, który mogły wzbudzić zawiść zawodową, a jego status celebryty i niemiecka przeszłość – spotęgować zawsze obecną rywalizację między rodzajami wojsk. Tak bardzo obawiał się wrogości w Waszyngtonie, że gdy dowiedział się o planach promocji przed ponowną emisją Człowieka w przestrzeni, które wzmiankowały o bezpośrednim wpływie jego programu na decyzję Białego Domu, żywo zaprotestował w studiu Disneya, aby nie stwarzać w stolicy wrażenia, że wykorzystuje powiązania z Hollywood do przypisywania sobie zasług. Jak oznajmił producentowi: „Takie oświadczenie znacznie bardziej zaszkodziłoby sprawie, niż jej pomogło”.

W rzeczywistości taki wybór projektu miał inną, ważniejszą przyczynę. Przekazanie dalszych prac Laboratorium Floty miało zminimalizować zagrożenia militarne i strategiczne, już wcześniej bowiem wykonywało ono bez zarzutów podstawowe badania, w przeciwieństwie do ośrodka w Redstone. Flota zamierzała wykorzystywać zmodyfikowane rakiety, które uprzednio przetestowano pod względem badań naukowych, armia zaś – udoskonalone pociski Redstone, mające od początku przenosić ładunek nuklearny.

Notatka Charlesa Wilsona, sekretarza obrony, wyjaśniająca podział obowiązków w badaniach rakietowych, jedynie pogorszyła pozycję zespołu von Brauna. Wilson uczynił lotnictwo odpowiedzialnym za wszystkie odpalane z ziemi pociski kosmiczne, ograniczając rolę armii do bojowych rakiet ziemia-ziemia o zasięgu poniżej 320 kilometrów. W arsenale Redstone oraz mieście Huntsville morale wyraźnie spadło.

Cztery dni po wyborze „Vanguarda” w ambasadzie ZSRR w Kopenhadze, gdzie odbywał się coroczny kongres Międzynarodowej Federacji Astronautycznej, radziecki naukowiec Leonid Siedow ogłosił (zgodnie z oczekiwaniami Białego Domu), że jego kraj zapewne wystrzeli satelitę w ciągu dwóch lat. Zapytany o niemieckich specjalistów rakietowych i ich pracę w ZSRR, Siedow stanowczo zaprzeczył.

Jego słowa w dużej mierze odpowiadały prawdzie, której zaprzeczały publikowane pogłoski. Wszystkie fakty ujawniono dekady później: Stalin osobiście zatwierdził wywiezienie do ZSRR niemal 500 pracowników z Peenemünde. Byli oni ograniczeni do odizolowanych społeczności, posiadających niewiele więcej niż standardowe udogodnienia. Podlegali stałemu nadzorowi i doświadczali wrogości ze strony swoich rosyjskich pracowników.

Radziecki odpowiednik von Brauna stanowił Siergiej Koroliow, urodzony na Ukrainie inżynier oraz planista strategiczny, spędził sześć lat w stalinowskim obozie, ale doszedł do stanowiska głównego projektanta rakietowego. Nie ufał niemieckim inżynierom, obawiając się, że po osiągnięciu ważniejszych stanowisk pokrzyżują jego własne plany i podkopią znaczenie jego zespołu. W połowie lat 50., straciwszy wiele czasu na mało znaczące projekty, większość jeńców otrzymała ostatecznie zezwolenie, by wrócić na Zachód.

W ciemności hotelowego pokoju w Barcelonie zbudził go dzwonek telefonu. Arthur Clarke sięgnął po okulary i wstał, by podnieść słuchawkę. Rozmówca oznajmił, że dzwoni z Londynu, z „Daily Express” z prośbą o komentarz do najnowszych wieści. Reporter tabloidu z Fleet Street oznajmił Clarke’owi, że przed kilkoma minutami radziecka agencja prasowa TASS obwieściła o umieszczeniu na orbicie okołoziemskiej sztucznego księżyca o wadze 92 kilogramów.

Dochodziła północ 4 października 1957 roku. Clarke przyjechał do Hiszpanii na konferencję MFA; telefon postawił go w uprzywilejowanej pozycji względem innych jej członków. Generalissimus Francisco Franco wprowadził bowiem blokadę wiadomości z zagranicy i żadna wiadomość nie mogła pojawić się w radiu czy prasie bez zgody władz. Większość pozostałych uczestników konferencji nie miała pojęcia o radzieckim triumfie, póki informacji ze świata nie przywieźli spóźnialscy. W ciągu kilku dni każdy poznał jednak nowe rosyjskie słowo sputnik. Clarke oznajmił prowokacyjnie swemu telefonicznemu rozmówcy: „W sobotę Stany Zjednoczone stały się drugorzędnym państwem”, co natychmiast powtórzyły gazety z całego świata.

Słowa Clarke’a nie przypadły do gustu pułkownikowi lotnictwa USA Williamowi Davisowi: „Słyszałem to i nie spodobało mi się! Kosmos to kolejny wielki obszar rywalizacji. Jeśli tu przegramy, równie dobrze możemy się wycofać”. Pułkownik Davis sugerował przeciwdziałanie radzieckiej propagandzie poprzez wyniesienie na orbitę amerykańskiego pojazdu kosmicznego z człowiekiem na pokładzie”.

W Barcelonie nie było Wernhera von Brauna. Huntsville cieszyło się jeszcze piątkowym wieczorem, gdy do jego biura w Wojskowej Agencji Pocisków Balistycznych (następczyni Wojskowego Ośrodka Pocisków Kierowanych) zadzwonił brytyjski dziennikarz. Von Braun obawiał się tego dnia, a jego rozczarowanie mieszało się z gniewem. Nie wątpił, że gdyby władze USA dały mu szansę, pierwszy umieściłby na orbicie sztucznego satelitę.

Kilka dni później Eisenhower na konferencji prasowej pogratulował Związkowi Radzieckiemu sukcesu, odrzucił jednak pomysł wyścigu. Jak podkreślał, oba supermocarstwa prowadziły międzynarodowy program badań naukowych. Próbował też wyjaśnić radzieckie osiągnięcie rzucając mimochodem uwagę, że „Rosjanie ujęli w Peenemünde wszystkich niemieckich naukowców”, co zadziwiło wielu mieszkańców Huntsville jako oczywiste kłamstwo. Prezydent nie wspomniał o uldze, że to ZSRR ustanowił kontrowersyjny precedens: w przyszłości nie padną żadne dyplomatyczne zarzuty, gdy USA wystrzeli wreszcie planowane satelity szpiegowskie.

Znacznie gwałtowniej zareagowały amerykańskie media. Felietoniści opłakiwali szokującą utratę narodowego prestiżu i krytykowali mdłą reakcję Eisenhowera, uznając ją za przejaw słabości. Politycy opozycji pojawiali się w telewizji, wyrażając obawy, że Sowieci użyją swych rakiet, by zawiesić atomowy miecz Damoklesa nad innymi państwami.

Informacje o Sputniku 1 przesłoniły pewne zdarzenie z barcelońskiej konferencji astronautycznej, które oddawało ducha zimnej wojny. Doktor Fred Singer, młody, urodzony w Austrii fizyk, znany z badań promieniowania kosmicznego, wygłosił prowokacyjny wykład. Ten współpracownik von Brauna przy „Orbiterze” i czołowy członek Amerykańskiego Towarzystwa Astronautycznego skutecznie zapewniał sobie rozgłos, nieustraszenie poruszając tematy, których unikali jego ostrożniejsi koledzy.

Wystąpienie Singera nosiło tytuł Międzyplanetarne pociski balistyczne: nowe narzędzie badań astrofizycznych. Autor proponował odpalanie na Księżycu bomb termojądrowych, by prowadzić badania naukowe; pomysł jego zdaniem „nie tylko pokojowy, ale także pożyteczny, wart zatem rozważenia”. Propozycja ta prowadziłaby do kolejnych eksperymentów, jak eksplozje bomb wodorowych na powierzchni planet czy próba stworzenia nowej gwiazdy. Bezpośrednim skutkiem takich działań byłoby upowszechnienie dążeń pokojowych, gdyż „wyścig termonuklearny mocarstw ograniczyłby się wtedy do znacznie bezpieczniejszego wyzwania: kto zrobi większą dziurę w Księżycu”. Singer entuzjazmował się szczególnie możliwością zmieniania w ten sposób geografii Srebrnego Globu: „Pomysł stworzenia stałego krateru jako oznaki działalności człowieka jest pociągający. Powstaje sympatyczne, bezimienne zagłębienie, a z nim unikalna szansa, by uwiecznić nazwiska prezydentów, premierów czy sekretarzy partii”.

Delegaci radzieccy słuchali propozycji Singera ze zrozumiałym osłupieniem i wściekłością. Autor skomentował później, że ich reakcja była „przesadna”.

Satelita zdominował nagłówki gazet i prasa poświęciła mniej uwagi zdarzeniom z Little Rock, stolicy stanu Arkansas, gdzie tydzień wcześniej Eisenhower nakazał 1200 żołnierzom 101. dywizji powietrznodesantowej pomoc przy desegregacji rasowej tamtejszego liceum. Poprzedniego dnia ponad 1000 białych brało tam udział w zamieszkach, by uniemożliwić wejście do szkoły dziewięciu czarnym uczniom. Po wystrzeleniu Sputnika 1 moskiewskie radio wykorzystało okazję do zarzucenia USA hipokryzji w nazywaniu się „krajem wolnych”, podając słuchaczom na całym świecie dokładny czas przelotu satelity nad Little Rock. Nowina ta miała w szczególności zainteresować budzące się do niepodległości narody Afryki.

Von Braun, urażony, że on sam i nowy szef WAPB, generał John Medaris, nie otrzymali rozkazu prac nad rozwojem rakiety Redstone, by szybko odpowiedzieć na radziecki sukces, przystąpił do potajemnej ofensywy medialnej, mimo że Waszyngton zakazał publicznych komentarzy. Czasopisma nazywały go „prorokiem ery nauki” i „kosmicznym jasnowidzem”, tworząc wizerunek wspaniałego wizjonera, którego śmiałe idee ignorują drobni biurokraci, pozbawieni wyobraźni dowódcy oraz tchórzliwi politycy. Von Braun, wiedząc, że najlepiej motywuje strach, przywołał też widmo atomowej zagłady, dowodząc, że jeśli USA chcą przetrwać,  musi zyskać pierwszeństwo w kosmosie.

Jego arogancja, status celebryty i autopromocyjne oświadczenia coraz bardziej irytowały Eisenhowera. To uczucie mogło tłumaczyć przeczące faktom oświadczenie prezydenta o przejęciu przez Rosjan wszystkich naukowców z Peenemünde, jeśli jednak miało ono osłabić pozycję von Brauna, zawiodło na całej linii.

Medialna panika nasiliła się na początku listopada, gdy Rosjanie wystrzelili Sputnika 2. Ten znacznie cięższy satelita wyniósł na orbitę na swym pokładzie pierwszą żywą istotę, fotogeniczną krzyżówkę psa husky z terierem o imieniu Łajka. Merrill Mueller z NBC, który relacjonował inwazję w Normandii, ofensywę w Ardenach oraz atak na Hiroszimę, relacjonował posępnie: „Rakieta, która wyniosła Sputnika 2, może zostać wyposażona w półtoratonowy ładunek termonuklearny”.

Demokraci, mając w perspektywie wybory roku 1960 i Biały Dom, dołączyli się do apokaliptycznego chóru. Senator Henry „Scoop” Jackson wspominał o ostatniej szansie na ocalenie cywilizacji Zachodu przed zagładą, a przywódca senackiej większości Lyndon Johnson porównał sputnika do kosmicznego Pearl Harbor, ostrzegając naród, że „musi wprowadzić pełny wojenny harmonogram mobilizacyjny”.

Johnson w ślad za von Braunem odmalował czarną wizję przyszłości, która uradowałaby każdego złoczyńcę z filmów o Jamesie Bondzie: „Kontrola kosmosu to władza nad światem. Z przestrzeni kosmicznej władcy nieskończoności mogą sterować ziemską pogodą, wywoływać susze czy powodzie, zmieniać przypływy i podnosić poziom mórz, zawrócić Prąd Zatokowy i zmienić klimat umiarkowany w polarny”.

Eisenhower drwił z podobnej retoryki oraz zwolenników pomysłu Singera, by reagować na radziecką obecność w kosmosie wysłaniem na Księżyc rakiety z głowicą bojową. Oznajmił, że woli mieć rakietę Redstone, krótkiego zasięgu i z ładunkiem nuklearnym, zamiast drogiej i niepraktycznej rakiety księżycowej, stwierdzając: „Na Księżycu nie mamy wrogów”.

Lyndon Johnson zaprosił tymczasem von Brauna i generała Medarisa na Kapitol, by zeznawali przed senacką podkomisją śledczą ds. gotowości obronnej. Senator zyskał pożądaną popularność medialną, a jego goście za pomocą kilku zdań, przygotowanych na użytek kamer, zepchnęli Biały Dom do defensywy. Medaris ostrzegał: „Jeśli do 1961 roku nie opracujemy silnika o sile ciągu miliona funtów, nie znajdziemy się w kosmosie i wypadniemy z wyścigu!”. Von Braun odmalowywał wiszące w niebiosach widmo sierpa i młota, przestrzegając, że kraj znajdzie się „w śmiertelnym niebezpieczeństwie”, jeśli ZSRR podbije kosmos: „Uważają kontrolę przestrzeni okołoziemskiej za coś w rodzaju władania morzami w okresie od XVI do XVIII wieku. I twierdzą, że jeśli pragnie się kontroli nad całą planetą, trzeba zapanować nad otaczającą ją przestrzenią.”.

Kraj usłyszał więc zeznania, mówiące, jak zapał armii padł ofiarą małostkowych rywalizacji między formacjami wojsk, biurokratycznej apatii i braku zdecydowania. Johnson nazwał tę sytuację „bliską hańby”. Von Braun zaś ponownie zahipnotyzował prasę, a w szczególności dziennikarza z „ który opisał rozmówcę jako „jasnowłosego, barczystego niemieckiego naukowca o kwadratowej szczęce i młodzieńczym wyglądzie […], zyskał wiele sympatii, kiedy z uśmiechem borykał się z pytaniami”.

Pierwsza próba pozbycia się lęku przed Sputnikiem miała miejsce grudniowego poranka 1957 roku, już dwa miesiące po wiadomościach z Moskwy. Dziennikarze na przylądku Canaveral skierowali lornetki na stanowisko startowe nr 18. Nie było żadnych oficjalnych komunikatów, w środowisku mediów przekazywano sobie jednak nowinę o prawdopodobnej dacie; źródła w lokalnych motelach, restauracjach i barach twierdziły zgodnie, że tego dnia coś się szykuje.

6 grudnia, krótko przed południem, u podstawy należącego do floty Vanguarda  pojawiła się chmura białego dymu. Harry Reasoner z CBS obserwował start z dogodnego miejsca – werandy domu na pobliskiej plaży. Na widok dymu wrzasnął: „Leci!”. Jego asystent, który siedział w środku, połączony telefonicznie z nowojorską centralą wiadomości, powtórzył słowa reportera. W Nowym Jorku natychmiast odłożono słuchawkę, by przekazać komunikat. Reasoner krzyczał jednak dalej: „Stój! Stój!”, widząc, jak Vanguard z małym satelitą na szczycie spada na platformę i wybucha. CBS przekazała więc wiadomość z przylądka szybciej od ABC i NBC, ale błędnie podała, że operacja zakończyła się powodzeniem.

Wstrząs po tej porażce nie był aż tak dotkliwy z uwagi na to, że eksplozji na żywo nie pokazała żadna telewizja. Upokarzający koniec Vanguarda pojawił się jednak tego dnia w mediach wiele razy, często w zwolnionym tempie. Ośrodek Testowania Rakiet Floty wkrótce wprowadził surowsze regulacje, zakazując nawet używania lornetek i aparatów fotograficznych na pobliskich plażach.

Generał Medaris i von Braun wykorzystali ten nieudany start do walki o swoją rakietę Jupiter. Powstała ona w czterech etapach; miała posłużyć do wyniesienia satelity na orbitę i była gotowa jeszcze tego samego miesiąca. Podczas ustalania terminu startu z przylądka Canaveral okazało się jednak, że flota zamierza wystrzelić drugiego Vanguarda. W styczniu cztery razy rozpoczynano odliczanie do startu, zawsze jednak przerywano je z powodu problemów technicznych lub pogody. Armii w tym miesiącu przyznano tylko trzy dni – 29, 30 i 31 stycznia.

Start Jupitera 29 i 30 stycznia uniemożliwił wiatr, ale ostatniego dnia o 22:48 rakieta wzniosła się w powietrze. Wiadomości NBC wykorzystały kuriera na motocyklu, lekki samolot i eskortę policyjną, by jak najszybciej dostarczyć materiał do ośrodka w Jacksonville, gdzie w półtorej godziny został obrobiony i nadany.

Około północy von Braun, James Van Allen, astrofizyk z Uniwersytetu Iowa oraz William Pickering z Laboratorium Napędów Odrzutowych (JPL) zwołali konferencję prasową w wypełnionej po brzegi salce waszyngtońskiej Narodowej Akademii Naukowej. Położone w Pasadenie JPL zaprojektowało i zbudowało satelitę Explorer 1, którego wyniósł Jupiter, a Van Allen kierował amerykańskim programem satelitarnym Międzynarodowego Roku Geofizyki. Opromienione blaskiem chwały trio naukowców uniosło przed reporterami naturalnej wielkości model Explorera; zdjęcie stało się legendą fotografii prasowej.

W Huntsville mało kto o tej godzinie oglądał jeszcze telewizję. Liczba mieszkańców miasta potroiła się, odkąd przed ośmioma laty armia przeniosła swój ośrodek do północnej Alabamy, i nieoficjalnie zaczęło nazywać się „Rakietowym Miastem”. Burmistrz wezwał jednak przez miejscową stację radiową do świętowania: obywatele zgromadzili się na przedmieściach wśród ryku syren i klaksonów radiowozów. Krótko przed północą tysiące ludzi pojawiły się na Courthouse Square, strzeżonym od czasu niesławnego w 1905 roku przez granitowy posąg żołnierza Konfederacji, wzniesiony na jego miejscu kilka miesięcy po tym zdarzeniu. Tłum trzymał transparenty: „Dawać na Marsa!”, „Nasze rakiety nigdy nie chybiają” czy „Posuń się, spundlu!”.

William Pickering, James Van Allen i Wernher von Braun świętują wystrzelenie pierwszego amerykańskiego satelity Explorera 1 podczas waszyngtońskiej konferencji (31 I 1958)

Do hucznych obchodów dołączył sam burmistrz, odpalając fajerwerki i rzucając petardy. Fotograf z „Life” kierował swój aparat Speed Graphic na radosny tłum, który wieszał zdjęcie byłego sekretarza obrony Charlesa Wilsona, wracając do niepokojących chwil z historii miasta. W 1956 roku Wilson ograniczył wojskowy program rakietowy, stał się więc najbardziej znienawidzonym człowiekiem w Huntsville i powszechnie obwiniano go za pierwszeństwo ZSRR w kosmosie. Gdy jego wizerunek płonął, obecni wymachiwali flagami USA oraz Konfederacji, wykrzykując: „Południe powstało ponownie!”.

Von Braun był bohaterem dnia, a jego twarz trafiła na okładki „Time” czy „Der Spiegel”. Eisenhower zaprosił go na oficjalny obiad do Białego Domu, a w Waszyngtonie towarzyszyły mu tłumy dziennikarzy oraz fotografów, nikt jednak nie pytał o lata wojny. Kongresmeni prosili go o zdjęcia z członkami swych rodzin, a po rozpoczęciu na Kapitolu sesji dotyczącej finansowania jeden z kongresmenów zapytał: „Panie von Braun, czy potrzebuje pan więcej pieniędzy?”.

Von Braun wstąpił do stowarzyszenia mówców, żądając za wystąpienie nawet 2500 dolarów. Columbia Pictures i studio z RFN zaczęły rozmowy w celu nakręcenia filmu fabularnego o przemianie nazistowskiego twórcy uzbrojenia w amerykańskiego bohatera zimnej wojny.

Uwaga i podziw, kierowane ku von Braunowi i zespołowi z Huntsville, omijały jednak pewnego Niemca, bez którego Explorer nigdy nie trafiłby na orbitę. Von Braun ściągnął bowiem do Stanów Zjednoczonych swego dawnego mentora Hermanna Obertha i zaoferował mu pracę przy badaniach WAPB. Ten jednak nie nadążał już za nowoczesną, stale się zmieniającą techniką, a jako Niemiec nie miał dostępu do tajnych informacji. W efekcie Oberth pracował sam, nad własnymi projektami, które niewiele wnosiły. Swoją rolę odgrywała w tym jego drażliwa osobowość: czuł się nie na miejscu zarówno w Huntsville, jak i w USA, i pielęgnował urazy do części dawnych współpracowników, uważając, że go zdradzili.

Wojsko także miało powód, by usuwać w cień mentora najsławniejszego na świecie projektanta rakietowego. Oberth słynął z prowokacyjnych lub kontrowersyjnych uwag, dowodząc z niezachwianą pewnością, że jako 64-latek powinien zostać astronautą. „Powinni wysyłać jako odkrywców starszych ludzi, jesteśmy do zastąpienia”. Twierdził ponadto, że Hitler „nie był taki zły”, a gdyby Niemcy wygrały wojnę, finansowałby podróże kosmiczne lepiej od Rosjan czy Amerykanów.

Mówił także o UFO: w połowie lat 50. Oberth oznajmił mianowicie, że gorączka ich obserwacji wskazuje na odwiedzanie Ziemi przez istoty z kosmosu, pojawiał się na konferencjach ufologów i wyjaśniał z całkowitą powagą losy zaginionej Atlantydy oraz jej powiązania z Niemcami.

Gdy osiągnął wiek emerytalny (65 lat), mało kto w Huntsville sprzeciwiał się więc decyzji Obertha, by powrócić do Niemiec. Zamierzał teraz poświęcić się filozofii: „Nasza technika rakietowa jest całkiem dobra, nasza filozofia bynajmniej”.

Triumf von Brauna i Explorera nie przyczynił się w większym stopniu do ustania rywalizacji wewnątrz sił zbrojnych. Lotnictwo, zgodnie z decyzją Wilsona sprzed dwóch lat, pozostawało odpowiedzialne za pociski balistyczne dalekiego zasięgu, a więc również nadzór działań militarnych na orbicie. Von Braun i generał Medaris pracowali jednak nad własnymi ambitnymi projektami, jak choćby wielka rakieta, która mogłaby wynieść w przestrzeń pojazdy pilotowane przez ludzi.

Rywalizujące formacje zaczęły publiczne kampanie marketingowe, promując swe przywództwo w nadchodzącej erze kosmicznej. Flota uważała przestrzeń kosmiczną za nowy ocean, który należało zdobyć. Zgodnie z porównaniem von Brauna do dawnych mocarstw morskich, lotnictwo uznawało ją za przedłużenie atmosfery, tworząc własne określenie marketingowe „aeroprzestrzeni”, armia zaś uznawała rakiety za potężną artylerię, przedstawiając się po wystrzeleniu Explorera jako grupa, która wykonała zadanie.

Wkrótce po starcie Sputnika 1 i okresie paniki na Kapitolu lotnictwo zaczęło realizację własnego programu załogowego lotu kosmicznego „Man in Space Soonest”. Centrum Uzbrojenia Specjalnego Sił Powietrznych stworzyło ściśle tajne przyspieszone badania („Projekt A119”), mające jak najszybciej ocenić naukowe korzyści z realizacji pomysłu Freda Singera o termojądrowych wybuchach na Księżycu. Część dowództwa w lotnictwie uważała, że dowiedzie to światu militarnej sprawności Stanów Zjednoczonych, a w narodzie wzbudzi patriotyczną dumę.

s. 73

Pod koniec lat 50. armia, flota i lotnictwo prowadziły związane z kosmosem marketingowe kampanie, by przyciągnąć rekrutów. Plakat armii szczyci się startem Explorera 1, plakat floty przedstawia rakietę Vanguard, a lotnictwo prezentuje plany obecności wojska w przestrzeni kosmicznej 

Prezydent Eisenhower zrozumiał konieczność zakończenia tej rywalizacji, która nie przynosiła krajowi pożytku, a jedynie wydatki. Zauważał przy tym nadmierne wpływy części wojskowych, którzy przy pomocy opinii publicznej oraz wsparciu kongresmenów chcieli realizować swe ambitne, kosztowne zamiary. Eisenhower postanowił więc ograniczyć rolę sił zbrojnych w załogowych lotach kosmicznych, podpisując akt o narodowej aeronautyce i przestrzeni pozaziemskiej. Za tą decyzją, podjętą pod koniec lipca 1958 roku, szła rekomendacja Prezydenckiej Komisji Doradztwa Naukowego, by rozwijać technikę kosmiczną w odpowiedzi na „nieodpartą potrzebę człowieka, by badać i odkrywać, nakaz ciekawości, który prowadzi ludzi, by próbować dotrzeć tam, gdzie nikt nie dotarł wcześniej”. Owa deklaracja, osiem lat później uzupełniona przysłówkiem „śmiało” w prologu serialu telewizyjnego Star Trek, stała się jednym z najbardziej znanych cytatów drugiej połowy XX wieku. Eisenhower, trafnie wyczuwając emocje, jakie wzbudzą te słowa, pisał w załączonym liście: „To nie jest fantastyka naukowa […], każdy ma możliwość dzielenia się własnym rozumieniem wyzwań, które czekają na nas w przyszłości”.

Nowa ustawa powoływała cywilną agencję kosmiczną, National Aeronautics and Space Administration (NASA). Częściowo opierała się ona na istniejącej od półwiecza National Advisory Committee for Aeronautics (NACA), która już wtedy poświęcała połowę swych środków na projekty związane z kosmosem, takie jak rakieta Vanguard czy suborbitalny samolot X-15. Pierwszym administratorem NASA został rektor Uniwersytetu Case’a Thomas Keith Glennan, były członek Komisji Energii Atomowej.

W ciągu tygodnia po ustanowieniu NASA lotnictwo zakończyło swój zalążkowy program „Man in Space Soonest”. Nowa agencja miała teraz kierować cywilnym projektem „Mercury”, czyli planem wyniesienia w kosmos pierwszych Amerykanów. Siły powietrzne zajęły się z kolei Dyna-Soar, samolotem kosmicznym; projekt przewidywał wystrzelenie go na rakiecie balistycznej, co miało umożliwiać lotnikom obsługę satelitów, zwiad, a być może nawet przechwytywanie satelitów wroga.

Idealistyczne słowa o odkrywaniu i przygodzie nie mogły jednak ukryć faktu, że cywilna agencja, która miała wysłać Amerykanów w kosmos, wykorzystywała rakiety wojskowe, zaprojektowane do przenoszenia głowic bojowych czy satelitów szpiegowskich. Stany Zjednoczone wolały jednak podkreślać otwartą, pokojową i nastawioną na współpracę naturę swego programu, przeciwstawianą radzieckim tajnym próbom o charakterze militarnym.

Co znaczące, ZSRR nigdy nie przykładał wagi do wystrzelenia pierwszego sztucznego satelity. Jego program rakietowy miał przede wszystkim oznajmić światu zdolność do nuklearnego uderzenia na inne kraje. Sputnik stanowił tylko dodatkową korzyść z opracowania przez radzieckiego von Brauna – Siergieja Koroliowa, ciężkiej rakiety nośnej R7, zdolnej do transportu sześciotonowego ładunku jądrowego. Głowica bojowa okazała się bowiem znacznie lżejsza, niż początkowo zakładano, i rakieta dysponowała mocą znacznie większą od potrzeb.

Koroliow zrozumiał wtedy, że R7 może wynieść na orbitę sztuczny księżyc, jeśli będzie to leżeć w interesie Kremla. Po ogłoszeniu przez Eisenhowera Międzynarodowego Roku Geofizyki poinformował władze, że gdyby ZSRR chciał ustanowić rekord świata, wystrzeliwując satelitę, można to uczynić praktycznie bez żadnych dodatkowych kosztów. Chruszczow, udzielając zgody, nie przewidywał alarmistycznej reakcji USA. Główny cel radzieckiego programu kosmicznego pozostawał wojskowy, ale błyskawiczny sukces Sputnika podniósł nagle w oczach Kremla znaczenie badań przestrzeni, które zyskały pierwszeństwo techniczne, naukowe oraz propagandowe.

NASA z kolei nie odpowiadała za broń defensywną czy satelity zwiadu. Niezależność agencji od Pentagonu pozwalał jej występować w charakterze publicznej twarzy Waszyngtonu, która promowała badania naukowe, eksplorację kosmosu i narodową dumę, równocześnie odciągając uwagę od inicjatyw wojskowych. W rzeczywistości, w pierwszym roku istnienia NASA, Pentagon miał o 25% wyższy budżet kosmiczny.

Powstanie agencji stawiało pod znakiem zapytania los ośrodka w Huntsville, bowiem i generał Medaris, i von Braun nie żywili oczywiście sympatii do nowej, cywilnej organizacji. NASA przejęła własność NACA, a także wojskowe Laboratorium Napędów Odrzutowych (JPL) w Pasadenie i projekt floty, rakietę Vanguard. Glennan, jej pierwszy administrator, zaproponował przejęcie WAPB z połową grupy von Brauna, który niezwłocznie storpedował ten pomysł, wykorzystując swą gwiazdorską pozycję do zdobycia przychylności polityków oraz opinii publicznej. Medaris i von Braun obawiali się, że ośrodek z Huntsville w ramach NASA straci wyjątkową rangę i stanie się tylko małą częścią niewydolnej agencji rządowej.

Pod koniec 1958 roku Eisenhower zaskoczył świat własną akcją propagandową, mającą przekazać za jednym zamachem kilka komunikatów. Jeden mówił o pokoju, drugi pobrzękiwał szabelką w stronę ZSRR, trzeci uciszał krytyków prezydenta, a czwarty ukradkiem odsuwał na margines czołową znakomitość ery kosmicznej. W tym celu na orbitę wystrzelono potajemnie Atlasa, ponadczterotonową rakietę sił powietrznych. Mała skrzynka w jej wnętrzu zawierała nagranie głosu Eisenhowera, obwieszczającego „chęć Ameryki, by na Ziemi zapanował pokój, i dobrą wolę wobec wszystkich ludzi”. Misja Atlasa nie stanowiła wielkiego wyczynu, ale Stany Zjednoczone mogły teraz twierdzić, że umieściły w przestrzeni najcięższego satelitę.

Uwadze Rosjan nie umknęło jednak, że taśma z zapisem tych chwalebnych ideałów znalazła się na orbicie za sprawą nowego pocisku ICBM, zaprojektowanego do przenoszenia głowicy jądrowej. Zarówno von Braun, jak i media, zauważyli, że Eisenhower odsunął zespół z Huntsville od głównej roli w misji, która miała zapoczątkować erę kosmiczną i podnieść prestiż USA. Szef nadzorującej projekt SCORE nowej organizacji, Agencji Zaawansowanych Projektów Badawczych (Advanced Research Projects Agency, ARPA), określał przedsięwzięcie jako zasadniczo „kwestię propagandy, gdzie umieszczenie w przestrzeni naprawdę dużego i ciężkiego obiektu służyło do uciszenia skarg prasy oraz Kongresu na małą zdolność nośną i niepowodzenia rakiet”.

Media w sezonie wakacyjnym poświęciły wiele uwagi inicjatywie prezydenta, ostatecznie jednak zmieniło ono niewiele. Nie stało się nawet pierwszym przypadkiem przekazania wiadomości z kosmosu na Ziemię i szybko o nim zapomniano. Von Braun doszedł do wniosku, że satelity komunikacyjne mimo możliwości dokonania rewolucyjnych zmian społecznych nie zdołają zmobilizować opinii publicznej czy polityków do sfinansowania wielkiego projektu w rodzaju przewidywanego przezeń lotu załogowego. Podobnie jak w III Rzeszy, na rządzących bardziej wpływały lęk przed zagładą, utratą dominacji wojskowej lub podkopaniem narodowego prestiżu. Von Braun rozumiał, że masową wyobraźnię rozbudzi dopiero statek kosmiczny z inteligentną istotą na pokładzie, dając ludziom namiastkę przygody o szczególnym, historycznym charakterze.

Miał rację: w pierwszym roku istnienia NASA przyciągnęła największą uwagę wyborem pierwszych amerykańskich astronautów. Ten krok znacznie przybliżał realizację marzenia, które niemal przez trzy dekady aż do granic rozpalało umysły Clarke’a, Leya czy samego von Brauna, jak i wielu innych.

Dziennikarze, przeczuwając nie tylko dobrą historię, lecz nadejście punktu zwrotnego w historii ludzkości, szukali sposobów przedstawienia ludzi, którzy mieli doświadczyć czegoś niezwykłego, niebezpiecznego, nie z tego świata. Pierwsza siódemka, przedstawiona przez NASA na konferencji prasowej w Waszyngtonie w kwietniu 1959 roku prawie nie różniła się od innych grup pilotów wojskowych, ale media szybko wypromowały ją na wzorzec amerykańskiej męskości, odwagi, pomysłowości oraz inteligencji.

Mimo że Clarke i von Braun zgłaszali chęć podróży w kosmos w niedalekiej przyszłości, byli o kilka lat starsi od Johna Glenna, który liczył lat 37, najwięcej wśród uczestników planu „Mercury”. Pilotów tych wybrano spośród 500 kandydatów, reprezentujących flotę, lotnictwo oraz armię. Pięciu uczestniczyło w walkach powietrznych II wojny światowej lub wojny koreańskiej, tyle samo zaś było wojskowymi pilotami doświadczalnymi. Wszyscy posiadali ponoć ponad 130 punktów IQ i przypadkiem (lub nie) urodzili się jako pierwsi z rodzeństwa lub jako jedynacy. „Siódemka z Merkurego”, wywodząca się z braterstwa pilotów bojowych i odrzutowych kowbojów, nie miała zamiaru występować w charakterze szczurów laboratoryjnych w doniosłym eksperymencie naukowym na orbicie, uważając się przede wszystkim za aktywnych pilotów.

Zarówno oni, jak i NASA nie przewidywali jednak, że dość monotonne konferencje prasowe staną się przełomem dla marketingu amerykańskiego programu kosmicznego i przekształcą ówczesne pojęcie celebryty. Siedmiu pilotów stało się nagle gwiazdami pierwszej, wziętej z życia, bohaterskiej opowieści epoki telewizji, kształtowanej na wzorcach dawnych herosów lotnictwa, jak Charles Lindbergh, oraz hollywoodzkich filmach fantastycznych. Astronauci z rodzinami znaleźli się niespodziewanie w blasku medialnych jupiterów. Intensywnie reklamowane numery magazynu „Life”prezentowały podkoloryzowane wersje ich życiorysów. Wynikało to z kontrowersyjnej umowy NASA z czasopismem, które otrzymało wyłączność na publikowanie osobistych historii pilotów oraz ich żon, mimo że mężczyzn zatrudniał rząd. Informacje związane z ich pracą uważano jednak za ogólnodostępne, dziennikarze konkurencyjnych gazet uznali więc, że ich wykluczono, i zaczęli protestować, co jednak nie przyniosło skutku. W ramach umowy astronauci otrzymali także polisę na życie oraz dodatkowy dochód, uzupełniający skromny żołd. Za niemal równie ważne uważali wyłączność kontaktu, co pozwalało im odmawiać na liczne prośby ze strony innych mediów. Pośrednio przyczyniali się przez to do ochrony prywatności swojej i swoich rodzin (jeśli akurat nie pisał o nich „Life”).

NASA zgodnie z duchem tamtych czasów nie uwzględniała kandydatek. Choć Jacqueline Cochran ustanowiła liczne rekordy jako pierwsza pilotka wojskowa i wyścigowa, to żadna kobieta w USA nie miała wówczas szans nabrać doświadczenia w prowadzeniu samolotów bojowych czy testowych. Prowokacyjne domysły nigdy jednak nie szkodzą sprzedaży, popularne czasopisma często pytały więc, czy kobieta może lecieć w kosmos i kiedy to nastąpi. Faktycznie kwestia ta nie istniała, a NASA unikała publicznych oświadczeń, które mogłyby jedynie podsycić kontrowersje.

W 1958 roku sprawą zajął się „Real”, magazyn nazywający się „podniecającym magazynem dla mężczyzn”, twierdząc, że kobiety powinny znajdować się na pokładach statków podczas przyszłych długich wypraw w kosmos – jako członkinie załogi chętne do zaspokojenia silnego popędu płciowego mężczyzn w kwiecie wieku. Autor artykułu, Martin Caidin, który w następnym dziesięcioleciu stał się bywalcem na przylądku Canaveral, próbował dowieść swej racji, rozpatrując przeciwną sytuację: „Jeśli zignorujemy ten problem doprowadzimy do powstania emocjonalnej beczki prochu oraz pojawienia się skłonności homoseksualnych – a to jest nie do przyjęcia”. Von Braun, pytany o astronautki, odpowiadał zwykle w podobnym duchu, stwierdzając z krzywym uśmiechem: „Mówiliśmy o zapewnieniu w kapsule miejsca na 120 funtów sprzętu do ćwiczeń”.

Siedmiu uśmiechniętych mężczyzn, na zdjęciach w „Life”noszących koszulki polo i fryzury na jeża, szybko przyćmiło najsłynniejszego rakietowego specjalistę Ameryki. Niedługo po konferencji astronauci pojawili się w Huntsville, by obejrzeć proces budowy rakiet. Von Braun oświadczył wtedy publicznie, że to wspaniali ludzie, „poważni, trzeźwo myślący, oddani i zrównoważeni”. Za kulisami wizyty toczyła się jednak walka o los WAPB.

Najnowszym projektem von Brauna był Saturn, sprytnie zaimprowizowany pomysł na dużą rakietę o znacznym udźwigu. Pierwszy człon, zbudowany z istniejących już części, składał się z ośmiu cylindrycznych zbiorników paliwowych rakiety Redstone – każdy po 25 metrów wysokości i 1,5 metra obwodu – otaczających nieznacznie większy zbiornik paliwa rakiety Jupiter. Pięć z nich, w tym zbiornik centralny, zawierało płynny tlen, pozostałe cztery naftę. Sześć silników Saturna zapewniało 6,7 meganiutona siły ciągu, co wystarczało do umieszczenia na niskiej orbicie okołoziemskiej ładunku o masie 5-20 ton. Departament Obrony i ARPA planowały budowę dużych satelitów zwiadowczych, ale von Braun myślał o innych funkcjach. Wiedział, że gdyby otrzymał środki na budowę małej, ale potężnej rakiety, która dowiodłaby swej wartości, waszyngtońscy decydenci chętniej poparliby projekt kolejnego, większego modelu. W ten sposób mógłby wreszcie stopniowo stworzyć pojazd zdolny zabrać ludzi na Księżyc[78]. Von Braun niezmiennie dążył do tego celu, choć w stolicy nikt nie mówił poważnie o podobnym przedsięwzięciu.

Program załogowy NASA przewidywał początkowe wykorzystanie rakiet wojskowych Redstone, Atlas i Titan. Realizacja ambitniejszych zamiarów, takich jak stacja kosmiczna czy opuszczenie orbity wokółziemskiej wymagała jednak rakiety większej i mocniejszej. Wydawało się, że Saturn von Brauna będzie przyszłym wołem roboczym w dalszych projektach agencji, Eisenhower wyraził więc zgodę na przejęcie przez nią całego ośrodka rozwojowego armii w Huntsville. Zmienił on nazwę na Centrum Lotów Kosmicznych im. George’a C. Marshalla i 1 lipca 1960 roku stał się największą placówką NASA. Von Braun po raz pierwszy od ćwierćwiecza nie pracował dla wojska, a jego stała ambicja stworzenia rakiet, które wyniosłyby ludzi w niebiosa, mogła się teraz urzeczywistnić.

Gdy przyszłość von Brauna pozostawała niepewna, w monachijskim studiu filmowym odtwarzano tymczasem jego przeszłość. Wytwórnia Columbia Pictures produkowała tam I Aim at the Stars, dramatyczną historię przemiany rakietowego wizjonera III Rzeszy w amerykańskiego bohatera. Rolę von Brauna odtwarzał niemiecki aktor Curd Jürgens, znany z innych hollywoodzkich obrazów, a brytyjski reżyser J. Lee Thompson zamierzał poruszyć temat społecznej odpowiedzialności współczesnego naukowca oraz zbrodni wojennych. Kwestie moralne zniknęły jednak ze scenariusza, który skupił się na niedokładnej, często wybielonej wersji życia von Brauna. Gdy film pojawił się w Londynie, Monachium i Nowym Jorku, protestujący rozdawali ulotki w wyrazie sprzeciwu rozwojowi broni atomowej i rozstawiali plakaty demaskujące bohatera I Aim at the Stars jako nazistę. Najsilniejszy atak przypuścili jednak krytycy: w efekcie film zniknął z kin w czasie, gdy na ekranach telewizorów dobiegała końca kampania prezydencka 1960 roku. Pod koniec tej dekady telewizja docierała już do 88% amerykańskich domów i gdy po raz pierwszy pokazała debaty wyborcze, w polityce nastąpił zwrot – potęga obrazu dorównała znaczeniem słowom kandydatów.

Były to pierwsze wybory prezydenckie, w których obaj kandydaci urodzili się w XX wieku. Obaj otrzymali też odznaczenia za udział w II wojnie światowej (jeden okazał się bohaterem, ratującym życie towarzyszom). Dla walczących na północnym Atlantyku, w Europie, na Pacyfiku i w Korei wybory w 1960 roku oznaczały radykalną zmianę pokoleniową.

Inny weteran, śledzący przebieg kampanię z Huntsville, zauważył w Johnie Kennedym cząstkę siebie. Podobnie jak senator z Massachusetts, von Braun urodził się w zamożnej, uprzywilejowanej rodzinie, a dzięki połączeniu charyzmy, inteligencji i przekonującej wymowie zyskał ogólnopaństwowe znaczenie. Po ostrożnej polityce Eisenhowera von Braun łaknął zmiany i uznał Kennedy’ego za człowieka, który otworzy epokę podróży człowieka w kosmos. Kennedy nie obawiał się śmiałych decyzji: na przykład w ostatnim tygodniu kampanii wsparł wbrew radom swych strategów uwolnienie z więzienia w Atlancie Martina Luthera Kinga.

W dniu wyborów von Braun i jego żona udali się do punktu głosowania, popierając kandydata demokratów.

Eisenhower pod koniec drugiej kadencji pracował nad ostatnim orędziem dla Amerykanów. Rozważał jego treść niemal dwa lata i stworzył ponad 20 szkiców, by wreszcie wystąpić przed kamerami telewizyjnymi na trzy dni przed inauguracją rządów 35 prezydenta USA. Wielu ludzi uważało to za najważniejsze przemówienie jego kadencji, zapamiętując słynne ostrzeżenie przed narastającym wpływem kompleksu militarno-przemysłowego. Eisenhower wyrażał szacunek dla odkryć naukowych i postępu technicznego, który podniósł poziom życia, zwracał jednak równą uwagę na „zagrożenie uzależnienia polityki publicznej od elity naukowo-technicznej”.

W późniejszych wypowiedziach były prezydent uchylał się od sprecyzowania powodów, dla których wygłosił to przemówienie. Kilka miesięcy potem znany fizyk atomowy zapytał go jednak prywatnie, czy miał kogoś na myśli, wspominając elitę naukowo-techniczną.

Eisenhower odparł bez wahania. Chodziło mu o dwóch ludzi: Edwarda Tellera, „ojca bomby wodorowej”, oraz Wernhera von Brauna.


Powyższy tekst stanowi fragment książki “Ścigając Księżyc” opublikowanej przez Wydawnictwo Bez Fikcji.

Premiera książki: 20.07.2019 r.

Author: Redakcja