Po niemal czternastu latach spędzonych na badaniu najbardziej niebezpiecznych obszarów otaczających naszą planetę, jeden z kluczowych satelitów NASA kończy swoją misję w sposób niezwykle widowiskowy. Ważąca ponad 600 kilogramów sonda Van Allen Probe A powraca w ziemskie objęcia, co wiąże się z jej nieuchronnym wejściem w gęste warstwy atmosfery. Choć wizja spadającego z nieba obiektu o masie średniego samochodu może budzić niepokój, eksperci ds. bezpieczeństwa kosmicznego oraz astronomowie uspokajają: proces ten jest naturalnym etapem życia satelitów operujących na niskiej i średniej orbicie okołoziemskiej, a ryzyko dla mieszkańców planety pozostaje minimalne.

Zgodnie z najnowszymi komunikatami opublikowanymi przez Siły Kosmiczne USA, powrót satelity przewidywany jest na wtorek, 10 marca. Eksperci wojskowi, którzy nieustannie monitorują tysiące obiektów w przestrzeni kosmicznej za pośrednictwem sieci radarów, wskazują godzinę 19:45 czasu EDT (co odpowiada 23:45 czasu GMT) jako najbardziej prawdopodobny moment deorbitacji. Należy jednak pamiętać, że w przypadku obiektów niesterownych, okno czasowe zawsze obarczone jest marginesem błędu wynoszącym około 24 godzin w obie strony. Wynika to z dynamicznych zmian w górnych warstwach atmosfery, które mogą przyspieszyć lub opóźnić moment ostatecznego ściągnięcia satelity przez grawitację.

Bezpieczeństwo na Ziemi: Czy mamy się czego obawiać?

Jednym z najważniejszych pytań towarzyszących takim wydarzeniom jest kwestia potencjalnego zagrożenia dla ludzi i infrastruktury. NASA oficjalnie oszacowała ryzyko uderzenia szczątków satelity w kogokolwiek na powierzchni Ziemi na poziomie 1 do 4 200. W przeliczeniu na wartości procentowe daje to zaledwie 0,02% szans na niefortunne zdarzenie. Tak niskie prawdopodobieństwo wynika z prostej matematyki i geografii naszej planety – ponad 70% powierzchni Ziemi pokrywają oceany, a ogromna część lądów to tereny niezamieszkane, takie jak pustynie, góry czy gęste lasy.

Większość komponentów sondy Van Allen Probe A, wykonanych z lekkich stopów aluminium i materiałów kompozytowych, ulegnie całkowitemu spaleniu w wyniku ogromnego tarcia o cząsteczki powietrza podczas wchodzenia w atmosferę z prędkością wielu kilometrów na sekundę. Generowana wtedy temperatura sięga tysięcy stopni Celsjusza, zamieniając satelitę w jasny meteor. Niemniej jednak, inżynierowie przyznają, że najbardziej masywne i odporne na ciepło elementy, takie jak zbiorniki paliwa czy niektóre instrumenty naukowe, mogą przetrwać tę ognistą przeprawę i spaść do oceanu.

Misja w sercu „pasów śmierci”: Czym były sondy Van Allena?

Aby w pełni zrozumieć wagę tego wydarzenia, należy cofnąć się do sierpnia 2012 roku, kiedy to NASA wystrzeliła parę identycznych sond – pierwotnie nazwanych Radiation Belt Storm Probes. Ich celem było zbadanie pasów radiacyjnych Van Allena, czyli dwóch gigantycznych obszarów w kształcie torusa, które otaczają Ziemię i są wypełnione wysokoenergetycznymi cząstkami (elektronami i protonami) uwięzionymi przez ziemskie pole magnetyczne.

Sondy poruszały się po niezwykle wymagających, wysoko eliptycznych orbitach. W najniższym punkcie zbliżały się do Ziemi na odległość zaledwie 618 kilometrów, by w najwyższym oddalić się na ponad 30 000 kilometrów. Dzięki temu instrumenty mogły „przecinać” pasy radiacyjne, dostarczając bezcennych danych o tym, jak pogoda kosmiczna wpływa na nasze otoczenie. Choć misja planowana była na zaledwie dwa lata, wytrzymałość konstrukcji pozwoliła na jej kontynuowanie aż do 2019 roku, kiedy to obie sondy zostały ostatecznie dezaktywowane po wyczerpaniu paliwa niezbędnego do utrzymania orientacji przestrzennej.

Dlaczego satelita spada właśnie teraz? Wpływ Słońca

Ciekawym aspektem naukowym jest fakt, że pierwotne prognozy zakładały pozostanie sondy na orbicie aż do 2034 roku. Przyspieszenie deorbitacji o ponad dekadę jest bezpośrednim wynikiem niespodziewanie wysokiej aktywności Słońca w ostatnich latach. Nasza gwiazda, przechodząc przez intensywne cykle aktywności, emituje ogromne ilości promieniowania, które rozgrzewa ziemską termosferę.

Zjawisko to powoduje „puchnięcie” atmosfery – jej rzadsze warstwy rozszerzają się i sięgają wyżej, niż ma to miejsce w okresach słonecznego spokoju. Dla satelitów oznacza to zwiększony opór aerodynamiczny. Nawet śladowe ilości cząsteczek gazu na wysokości kilkuset kilometrów działają jak hamulec, stopniowo obniżając orbitę obiektu, aż do momentu, w którym grawitacja ostatecznie wygrywa walkę, wciągając go w gęste warstwy powietrza. Co ciekawe, bliźniacza sonda Van Allen Probe B, mimo podobnej konstrukcji, znajduje się na nieco innej trajektorii i jej powrót na Ziemię przewiduje się nie wcześniej niż w 2030 roku.

Dziedzictwo, które pozostaje

Mimo że Van Allen Probe A wkrótce przestanie istnieć jako fizyczny obiekt, jej wkład w naukę jest nie do przecenienia. Dane zebrane przez te lata pozwalają dziś naukowcom lepiej przewidywać gwałtowne zjawiska pogody kosmicznej, które stanowią bezpośrednie zagrożenie dla satelitów telekomunikacyjnych, systemów nawigacji GPS, a nawet naziemnych sieci energetycznych. Dzięki zrozumieniu dynamiki pasów radiacyjnych, inżynierowie mogą projektować bezpieczniejsze statki kosmiczne i lepiej chronić astronautów przebywających na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej oraz w przyszłych misjach księżycowych. Ostatni błysk satelity na nocnym niebie będzie więc nie tyle końcem, co kropką nad „i” w jednej z najbardziej udanych misji badawczych NASA ostatnich lat.

By Radek Kosarzycki

Piszę o kosmosie bezustannie od 2015 roku. Jak nie piszę o kosmosie, to pewnie łażę po lesie lub łąkach z psami.