Twilight photo of Rubin Observatory taken in April 2021.

W czerwcu 2025 roku świat obiegły pierwsze obrazy z Obserwatorium im. Very C. Rubin, które naukowcy określili mianem „astro-kinematografii”. Zapierające dech w piersiach ujęcia, usiane milionami galaktyk i mgławicami przypominającymi akwarelowe płótna, to nie tylko estetyczny triumf, ale przede wszystkim potężny zastrzyk danych o najdalszych zakątkach obserwowalnego wszechświata. Rubin, wyposażony w największą na świecie kamerę cyfrową i teleskop o niespotykanym polu widzenia, ma szansę zrewolucjonizować nasze rozumienie kosmosu. Jednak nad tą technologiczną perłą, zlokalizowaną na szczycie Cerro Pachón w Chile, gromadzą się ciemne chmury – nie te atmosferyczne, lecz stworzone przez człowieka.

Obserwatorium Rubin to instrument, jakiego ludzkość jeszcze nie posiadała. Jego sercem jest kamera o rozdzielczości 3,2 gigapiksela, zdolna do mapowania całego nieba południowego co trzy noce. Skala tego przedsięwzięcia, znanego jako Legacy Survey of Space and Time (LSST), jest trudna do wyobrażenia. Jak zauważa Meredith Rawls, astronomka pracująca przy projekcie, w ciągu pierwszego roku działalności obserwatorium wygeneruje więcej danych niż zebrano w całej historii astronomii optycznej. Cel jest ambitny: odkrycie milionów nowych obiektów w Układzie Słonecznym, badanie ciemnej materii i monitorowanie dynamicznych zjawisk, takich jak supernowe.

To, co czyni obserwatorium wyjątkowym – jego ogromna czułość i szerokie pole widzenia – czyni go jednocześnie niezwykle podatnym na zakłócenia. W dobie gwałtownego rozwoju sektora NewSpace, ziemskie teleskopy muszą konkurować o czystość nieba z tysiącami sztucznych satelitów. Obecnie na orbicie znajduje się około 14 000 satelitów, z czego blisko 10 000 należy do firmy SpaceX. Ambicje komercyjne sugerują, że liczby te będą rosły wykładniczo. Blue Origin, Eutelsat OneWeb oraz liczne firmy z Chin planują własne megakonstelacje, a wizje centrów danych na orbicie zakładają umieszczenie tam nawet miliona nowych urządzeń.

Problem „świetlistych smug” i bariera jasności

Dla astronoma satelita nie jest symbolem postępu, lecz „smugą” (ang. streak), która przecina bezcenne zdjęcia. Choć dla amatora astrofotografii usunięcie takiej kreski w programie graficznym jest proste, w pracy naukowej sprawa jest znacznie poważniejsza. Satelity wprowadzają błędy systematyczne, które niezwykle trudno wyeliminować z modeli matematycznych. Międzynarodowa Unia Astronomiczna (IAU) zaleca, aby jasność satelitów nie przekraczała 7 magnitudo. Powyżej tej granicy obiekt staje się tak jasny, że powoduje nasycenie pikseli detektora, czyniąc dane pod smugą niemożliwymi do odzyskania.

Przy jasności rzędu 4 lub 5 magnitudo pojawia się dodatkowy problem: efekt crosstalk. Powstają wtedy dodatkowe, równoległe smugi wywołane przez zakłócenia elektroniczne wewnątrz kamery. Przykładem ekstremalnego naruszenia norm był satelita BlueWalker 3, który okazał się ponad 400 razy jaśniejszy niż zalecany limit. Takie obiekty mogą dosłownie „oślepić” najbardziej czułe instrumenty Obserwatorium Rubin, uniemożliwiając poszukiwanie „igły w stogu siana” – rzadkich, nieznanych dotąd klas obiektów astronomicznych.

Zagrożenie dla bezpieczeństwa i odkryć w Układzie Słonecznym

Jednym z kluczowych zadań VRO jest wykrywanie obiektów bliskich Ziemi (NEO) oraz obiektów międzygwiezdnych. Sarah Greenstreet, kierująca grupą badawczą ds. Układu Słonecznego, wyjaśnia, że aby potwierdzić odkrycie poruszającego się obiektu z wysoką pewnością, teleskop musi wykonać cztery pary zdjęć w ciągu 15 nocy. Jeśli choć jedno z tych ośmiu zdjęć zostanie zanieczyszczone smugą satelity, algorytm może nie połączyć kropek, a potencjalnie niebezpieczna planetoida pozostanie niewykryta. Symulacje z 2022 roku wykazały, że przy 40 000 satelitów na orbicie, od 10% do 30% ekspozycji LSST będzie zawierało co najmniej jedną smugę. W godzinach zmierzchu, kluczowych dla poszukiwania obiektów blisko Słońca, niemal każde zdjęcie może być dotknięte tym problemem.

Zakłócenia te prowadzą również do fałszywych odkryć. Przykładem może być rzekoma detekcja rozbłysku gamma o przesunięciu ku czerwieni z=11, co sugerowałoby obiekt pochodzący z czasów, gdy wszechświat miał zaledwie 400 milionów lat. Późniejsza analiza wykazała, że był to jedynie błysk słońca odbitego od satelity. Tego typu pomyłki marnują cenny czas badawczy i podważają wiarygodność publikowanych wyników.

Współpraca na linii nauka – biznes

Mimo trudności, trwa dialog między astronomami a operatorami satelitów. Zespół Rubin kontaktował się już z 16 firmami. SpaceX udostępniło materiały do testowania odblaskowości, a niektóre firmy, jak Reflect Orbital (planująca umieszczenie luster na orbicie), wykazują gotowość do rozmów. Rozważane są rozwiązania techniczne, takie jak zmiana orientacji satelitów (ang. attitude adjustment), aby nie odbijały światła bezpośrednio w stronę teleskopu podczas przelotu nad Cerro Pachón.

Naukowcy pracują również nad zaawansowanymi bazami danych, które będą przewidywać położenie satelitów i oznaczać potencjalnie skażone obszary na zdjęciach. Pozwoli to badaczom zachować czujność przy analizowaniu „nowych” odkryć. „Każda noc, każda minuta jest cenna” – podkreśla Bob Blum, dyrektor operacyjny Obserwatorium Rubin. Walka o czyste niebo to walka o to, by najpotężniejsze oko ludzkości na wszechświat nie zostało przesłonięte przez naszą własną infrastrukturę orbitalną.

By Radek Kosarzycki

Piszę o kosmosie bezustannie od 2015 roku. Jak nie piszę o kosmosie, to pewnie łażę po lesie lub łąkach z psami.