Wizja bezpiecznej i czystej niskiej orbity okołoziemskiej (LEO) została poddana kolejnej próbie. Firma SpaceX potwierdziła, że w ostatnich dniach jeden z satelitów megakonstelacji Starlink uległ poważnej awarii, w wyniku której na orbicie powstała chmura odłamków. To już drugi tego typu incydent w ciągu zaledwie trzech miesięcy, co budzi uzasadnione pytania o trwałość i bezpieczeństwo floty satelitarnej Elona Muska, która z każdym miesiącem staje się coraz liczniejsza.

Do zdarzenia doszło 29 marca, kiedy to satelita oznaczony numerem Starlink-34343 doświadczył nagłej anomalii, prowadzącej do całkowitej utraty łączności z bazą naziemną. Obiekt ten, wyniesiony w przestrzeń kosmiczną w maju 2025 roku, znajdował się na roboczej orbicie o wysokości 560 kilometrów. Choć SpaceX początkowo lakonicznie informowało o problemach komunikacyjnych, niezależne dane z systemów monitorowania przestrzeni kosmicznej szybko ujawniły skalę problemu.

Firma LeoLabs, specjalizująca się w śledzeniu obiektów na orbicie za pomocą zaawansowanej sieci radarów, poinformowała o wykryciu co najmniej kilkudziesięciu odłamków w bezpośrednim sąsiedztwie uszkodzonego satelity. Eksperci ostrzegają, że liczba ta może wzrosnąć w miarę dokładniejszego skanowania tego sektora. Incydent ten jest o tyle istotny, że dotyczy relatywnie nowego urządzenia, które teoretycznie powinno pracować bezawaryjnie jeszcze przez kilka lat.

Powtarzający się schemat: „Wewnętrzne źródła energii”

Dla analityków sektora kosmicznego najbardziej niepokojący jest fakt, że obecna sytuacja do złudzenia przypomina zdarzenie z 17 grudnia ubiegłego roku. Wówczas satelita Starlink-35956 uległ podobnej awarii na wysokości 418 kilometrów. Analiza tamtego incydentu wykazała, że doszło do gwałtownego rozszczelnienia zbiornika z paliwem, co spowodowało nagły spadek orbity o cztery kilometry. Co istotne, tamto urządzenie pozostało w jednym kawałku, co potwierdziły zdjęcia wykonane przez satelitę obrazującego firmy Vantor, jednak wyrzuciło ono w przestrzeń znaczną ilość materiału.

Specjaliści z LeoLabs sugerują, że przyczyną obu zdarzeń nie było uderzenie zewnętrznego obiektu (np. mikrometeoroidu), lecz wewnętrzne źródło energii. W nomenklaturze inżynierii kosmicznej termin ten odnosi się najczęściej do awarii systemów przechowywania energii, takich jak akumulatory, lub systemów napędowych – w tym zbiorników pod ciśnieniem. Jeśli obie awarie mają wspólne podłoże techniczne, SpaceX może stanąć przed koniecznością rewizji projektu swoich satelitów, aby uniknąć seryjnych incydentów na orbicie.

Zagrożenie dla ISS i misji Artemis 2

Mimo powstania chmury odłamków, SpaceX oraz niezależne instytucje monitorujące uspokajają w kwestii bezpośredniego zagrożenia dla innych misji załogowych. Według oficjalnego oświadczenia, szczątki satelity Starlink-34343 nie stanowią zagrożenia dla Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS) ani dla nadchodzącej, historycznej misji księżycowej Artemis 2. Kluczowym czynnikiem jest tutaj wysokość – większość fragmentów znajduje się na trajektoriach, które nie przecinają się z kluczowymi korytarzami lotu wspomnianych misji.

Dodatkowym zabezpieczeniem jest niska wysokość, na której doszło do zdarzenia. Dzięki szczątkowemu oporowi atmosfery, który występuje nawet na wysokości kilkuset kilometrów, większość mniejszych fragmentów ulegnie naturalnej deorbitacji w ciągu najbliższych kilku tygodni. Spłoną one w atmosferze ziemskiej, nie pozostawiając po sobie trwałego śladu na orbicie, co jest kluczowym argumentem SpaceX w dyskusji o odpowiedzialnym zarządzaniu konstelacją.

Brak przerwy w lotach – SpaceX nie zwalnia tempa

Interesujące jest porównanie reakcji firmy na oba incydenty. Po grudniowej awarii SpaceX zdecydowało się na krótką pauzę w lotach, która trwała kilkanaście dni. Pozwoliło to zespołom inżynieryjnym na wstępną analizę danych telemetrycznych. Tym razem jednak strategia jest inna. Zaledwie sześć godzin po wydaniu oświadczenia o anomalii satelity 34343, z przylądka Cape Canaveral wystartowała kolejna rakieta Falcon 9, wynosząc na orbitę 29 nowych jednostek Starlink.

Decyzja o kontynuowaniu startów sugeruje, że SpaceX posiada już pewną wiedzę na temat natury problemu i uznaje ryzyko za akceptowalne lub odizolowane do konkretnej partii produkcyjnej. „Zespoły SpaceX i Starlink aktywnie pracują nad ustaleniem pierwotnej przyczyny i szybko wdrożą wszelkie niezbędne działania korygujące” – czytamy w oficjalnym komunikacie. Dla branży kosmicznej incydenty te są jednak przypomnieniem, że przy skali operacji liczonych w tysiącach satelitów, nawet ułamek procenta awarii może generować wyzwania, z którymi sektor kosmiczny nie mierzył się nigdy wcześniej.

By Radek Kosarzycki

Piszę o kosmosie bezustannie od 2015 roku. Jak nie piszę o kosmosie, to pewnie łażę po lesie lub łąkach z psami.